Archive for the ‘ artykuły ’ Category

Mapy Google jako nowy model kognitywny

Artykuł został przyjęty do druku i ukaże się w najnowszym Przeglądzie Kulturoznawczym jako: Mapy Google jako nowy model kognitywny. O imperium, które zbudowało mapę w skali 1:1, jego strategiach wizualizacyjnych i polityce.

Trzy „miejsca znaczące” cyberplanety

*

Dnia 17 sierpnia 2010 roku Sherry Tannozzini odkryła, że nie istnieje. Nie istnieje również jej kwiaciarnia „Flowers from the Rainflorist”. Co gorsza, nie istnieje całe miasto, w którym mieszka. Sunrise, główne miasto Florydy wraz z 90 tysiącami mieszkańców, pierwszym sklepem IKEA w USA, narodową drużyną hokejową, jednym z największych w USA centrów handlowych, a także ze wszystkimi szpitalami, szkołami, instytucjami publicznymi, burmistrzem i całym lokalnym biznesem – po prostu zniknęło. Sytuacja trwała ponad miesiąc, ponowne pojawienie się miasta (nomen omen) Sunrise nastąpiło 22 września. Poprzedziła je burza medialna, podczas której komentowano fakt, iż takie zniknięcie jest trzecim w historii Sunrise w ciągu ostatnich dwóch lat, wcześniej natomiast podobne zdarzenia miały miejsce przynajmniej w pięciu innych miastach Stanów Zjednoczonych. Niektórzy dziennikarze dostrzegli związek tajemniczych zniknięć z poprzednią nazwą miasta Sunrise – Sunset, którą zmieniono ze względów marketingowych1.

**

Jesienią 2006 roku niepokój społeczny wzbudził gigantyczny insekt przypominający skorka pospolitego, zaobserwowany na terytorium Niemiec. Zgodnie z precyzyjnymi obliczeniami jego długość wynosiła 50 metrów, potwora nazwano zatem Bugzillą. Równie tajemnicze jak pojawienie się, było jego zniknięcie, w którym ważną rolę odegrała znana amerykańska korporacja. Media nie podjęły poważnej dyskusji na ten temat, podobnie jak entomolodzy, którzy nie wypowiadali się w tej sprawie, jednak analogiczne przypadki spowodowały wytworzenie się sieciowej społeczności śledzącej niezbadane zjawiska. Na liście zainteresowań internautów znalazły się również liczne latające obiekty, najróżniejsze rysunki na ziemi, tajemnicze budynki o szczególnym kształcie oraz zadziwiające zmiany klimatyczne na niektórych terenach. Znaleziono także największego brontozaura. Dzięki staraniom internautów w kwietniu 2007 roku odkryto między innymi niewielką wyspę, na połowie której panuje zima, podczas gdy na drugiej części panuje lato. Szczególne znaczenie zjawisku nadawał fakt, iż różnice klimatyczne miały charakter równoleżnikowy i niezwykle radykalny. Odkryto również znaczną ilość porzuconych samolotów i całą flotę latających samochodów. Można widzieć tu nowe oblicze paranauki, jednak uwagę zwraca wysoki poziom udokumentowania zjawisk paranormalnych nowej generacji2.

***

Na początku listopada 2010 nikaraguański generał Eden Pastora wydał rozkaz zajęcia niewielkiej wyspy Calero (jedynie 2,7 km lądu, lecz o strategicznym znaczeniu handlowym) należącej do terytorium Kostaryki. Wojsko otoczyło wyspę, zatknęło nań flagę Nikaragui i rozlokowało 50 żołnierzy wzdłuż nowo wyznaczonej granicy. Laura Chinchilla, prezydent Kostaryki, zwróciła się o międzynarodową pomoc w wyjaśnieniu konfliktu do OPA, Organizacji Państw Amerykańskich. Generał Pastora stwierdził, że zajęte terytorium należy do Nikaragui a przez Kostarykę było dotąd zajmowane bezprawnie. Prezydent Nikaragui potraktował próbę mediacji jako kwestionowanie własności terytorialnej swojego państwa i oskarżył międzynarodowy arbitraż 35 krajów o sprzyjanie kartelom narkotykowym3.

Trzy znaczące przemiany: wyszukiwanie, polityka i folklor

Rozważania nad stanem cyberkultury można rozpocząć od przytoczenia kilku bezprecedensowych sytuacji, które stanowić będą punkt wyjścia dla analizy kulturoznawczej i medioznawczej. Chodzi tu wyłącznie o zjawiska, które nie mogły wydarzyć się na wcześniejszym etapie rozwoju cywilizacji. Trzeba przy tym dodać, że muszą to być wydarzenia znaczące dla świadomości społecznej, stanowiące antropologiczne świadectwo stanu techniki, kultury i społeczeństwa.

Listy takich wydarzeń można tworzyć na wiele sposobów, w zależności od stawianego celu analitycznego oraz aspektu rzeczywistości, który ma zostać poddany refleksji. Wybrane powyżej, choć pozornie brzmią jak doniesienia prasy bulwarowej lub opowiadania science-fiction, wydarzyły się naprawdę, mimo że źródło ich tkwi w rzeczywistości cyfrowej. Stanowią one ilustrację procesów istotnych z perspektywy antropologii mediów, zachodzących na płaszczyźnie reprezentacji danych w aspekcie kulturowym, biznesowym, politycznym i militarnym; co więcej – stawiają ważne pytania o tożsamość człowieka wobec techniki, o stan wiedzy o świecie i wyobraźni mitycznej oraz politykę dostępu do wiedzy (nie tylko informacji).

Wyjaśnić od razu należy, że wspólnym mianownikiem dla opisanych powyżej wydarzeń są mapy i zdjęcia Google Maps i Google Earth4. Znikanie miasta, przesuwanie się granic, pojawianie się potworów zasilających pokłady zbiorowej paranoi czy tajemniczych obiektów latających wynika z błędów mapy, jej niedoskonałości technicznej oraz wieloznaczności znaków, które są jej elementami. Przypadek nikaraguańskiej inwazji militarnej świadczy jednak o tym, że bywają one podstawą mylnych interpretacji o potencjalnie dużym znaczeniu i powadze. Realna wojna, którą tłumaczy się błędem mapy Google jest nowym zjawiskiem, które każe jeszcze raz zastanowić się nad znaczeniem cyfrowej mapy internetowego imperium.

Przykłady powyższe wskazują jednoznacznie na to, że dokonały się w kulturze zmiany znaczące: oto jesteśmy świadkami powstawania nowego modelu kognitywnego, nowego obrazu świata, zakorzenionego w technologii należącej do sieciowej potęgi – korporacji, która wie o wiele więcej niż służby wywiadowcze i siły zbrojne wielu państw. Zastanowić się wypada, dlaczego można mówić tu o „miejscach znaczących” współczesnej kultury (w sensie, w jakim termin ten stosowany jest w teorii literatury). Historie te ujawniają pewne aspekty transformacji paradygmatu poznawczego, z jakim się stykamy czy wobec którego jesteśmy stawiani przez działania Google.

Mowa tu bowiem o trzech ważnych elementach współczesnego życia, trzech procesach przemian, które można dziś zaobserwować (choć poza ostatnim nie funkcjonują w dyskursie publicznym). Te procesy przemian dotyczą różnych poziomów – tożsamości i czynności kulturowych, polityki i obrazu wojny, wreszcie świadomości zbiorowej i konsekwencji powstania społeczeństwa partycypacji. Pierwszy oznacza uzależnienie ludzkiego życia na różnych poziomach od wyszukiwania w Internecie, a także to, że wyniki wyszukiwania (zwłaszcza w największej wyszukiwarce) stanowią dziś dowód istnienia (i tworzą konkretną wiedzę o użytkownikach). Drugi proces oznacza w istocie uzależnienie porządku geopolitycznego nie tylko od siły militarnej i dyskursu wiedzy (jak było dotąd), ale i od nowych technologii. Tym samym infrastruktura informatyczna oraz potencjał społeczny związany z branżą IT danego państwa staje się równoważnikiem przemysłu zbrojnego. Ostatni proces wiąże się z powstaniem nowych sił społecznych, wikinomią i wikifikacją wiedzy, wytworzeniem nowego folkloru (netlore), a wynika bezpośrednio ze współdzielenia narzędzi i tworzenia się wspólnot wokół nich. Wiąże się również z popularyzacją tendencji społecznościowych (globalną modą na networking, która staje się obowiązkiem komunikacyjnym) i wykorzystywaniem idei Web 2.0 przez korporacje z branży informatycznej, co można postrzegać jako nowy etap zarządzania zasobami ludzkimi w Sieci. Warto bliżej zanalizować i poddać interpretacji poszczególne przytoczone przykłady, by zilustrować opisane przemiany kultury.

Wyszukiwanie: świat znikających miast

Opisywany przypadek dematerializacji Sunrise, jak wspomniano, nie był odosobniony – wcześniej miasto zniknęło z mapy Google dwa razy w roku 2009 – w sierpniu i październiku. Tym razem jednak zniknięcie okazało się dłuższe i uciążliwe dla lokalnych przedsiębiorców, władz i mieszkańców, a także dla podróżnych i klientów chcących znaleźć miasto i jego szczególne miejsca. Tannozzini po zgłoszeniu błędu mapy do Google napisała w swoim blogu, że handel w jej kwiaciarni zupełnie podupadł. Podobne straty zanotowali inni lokalni biznesmeni. Odpowiedź Google na kilkakrotne skargi kwiaciarki nie była zbyt pocieszająca – obiecano zająć się problemem i naprawić błąd w ciągu 1-2 miesięcy. Przez ponad miesiąc internauci szukający jakiejkolwiek instytucji czy firmy w Sunrise poprzez Google Maps kierowani byli do odległej o 200 mil Sarasoty, leżącej na drugim wybrzeżu Florydy. W końcu o sprawie powiadomiono władze miejskie. Burmistrz Sunrise, Mike Ryan skierował oficjalne pismo do dyrektora generalnego Google, Ericka Schmidta, w którym zażądał naprawienia błędu w trybie pilnym, grożąc wytoczeniem procesu sądowego.

Po nagłośnieniu sprawy przez media Google natychmiast naprawiło błąd, bagatelizując jednocześnie jego znaczenie i tłumacząc się problemami technicznymi, wynikającymi z wykorzystania różnych źródeł danych, w tym pochodzących z Urzędu Danych Statystycznych, czy też zdjęć satelitarnych i lotniczych wykonanych przez dostarczycieli komercyjnych, a także obrazów z kamer Google Street View. Nie wyjaśnia to oczywiście w najmniejszym stopniu zniknięcia miasta – które musi figurować zarówno w spisach statystycznych, jak i na wszystkich zdjęciach tego terenu, nawet o niskiej rozdzielczości.

W zasadzie gdyby nie fakt, że podobne zdarzenia wpływają niekorzystnie na notowania wartości firmy na giełdzie, można by się zastanawiać nad innym wymiarem opisywanego zdarzenia – jako eksperymentu społecznego w zakresie reakcji użytkowników na potencjalny cyberatak i utratę danych. Przedstawiciele Google przyznali, że mimo wszelkich starań podobne przypadki braku dostępu do określonych fragmentów bazy danych się zdarzają i są możliwie szybko eliminowane. Z całą pewnością podobnych problemów doświadczyli wcześniej internauci szukający takich miast, jak: La Jolla w Kaliforni, Rogers w Minnesocie, Wickliffe w Ohio, Woodstock w Virginii oraz Imperial Beach w Kaliforni5. Jeden z komentatorów określa zniknięcie La Jolla – miasta uznawanego za jedno z najwspanialszych miejsc do zamieszkania w USA – jako zapaść na lokalnym rynku nieruchomości – ceny domów spadły tam prawie trzykrotnie za sprawą tajemniczego przeniesienia miasta przez Google znad Pacyfiku z okolic San Diego do Fullerton.

Podsumowując zdarzenie, „Time” określił jako przerażającą rzecz oczywistą w cyberkulturze: jeśli Google nie wie o istnieniu danego miasta, miasto to w zasadzie nie istnieje6. Zatrwożenie może jednak dotyczyć skali zjawiska – wszyscy dziś doceniają rolę wyszukiwarki w odnajdywaniu ludzi i firm, możliwość wymazania całego miasta ze świadomości internautów wydaje się jednak wciąż scenariuszem filmowym, a nie rzeczywistością. Tymczasem, sytuację w jeszcze większej skali potwierdzają doniesienia dotyczące Południowego Sudanu, którego mieszkańcy bezskutecznie domagali się akceptacji przez Google (oraz innych właścicieli wyszukiwarek kartograficznych, takich jak Microsoft, Yahoo! oraz National Geographic) faktu powstania nowego kraju, czego wyrazem byłaby zmiana dotychczas istniejących map na takie, które uznają nowe granice i wyświetlają jego nazwę7. Brak potwierdzenia zmiany politycznej na mapie Google przez 47 dni obywatele nowego państwa uznali za oburzające, skierowali do wymienionych firm oficjalny protest, który podpisało około 1600 osób.

Trzeba dodać, że wśród wszystkich wymienionych korporacji, to właśnie Google było pierwszą, która uznała zmianę za konieczną i dokonała aktualizacji. Tym samym, za pomocą mapy Google symbolicznie potwierdziło swój status globalnego mocodawcy, który zatwierdza istnienie kraju lub się na nie może nie zgodzić. Dotyczy to zresztą w takiej samej mierze tworów politycznych, jak i poszczególnych ludzi – wraz z ich poczuciem tożsamości. Budowane jest ono dziś przecież również w oparciu o ślady istnienia jednostki w Sieci. Ich brak staje się alarmujący, a zmiany wymagają stałej troski, nieustannej (choć zautomatyzowanej) obserwacji8.

Szoku doznawać mogą jednak przede wszystkim ci użytkownicy, którzy traktują wyniki w Google jako porządek obiektywny dostępnej wiedzy o świecie. Mniej zaskakujące wydaje się to zjawisko w kontekście ogólnej polityki i strategii reprezentacyjnych Google. Jest to niewątpliwie jeden z ważniejszych problemów cyberkultury, niestety pomijany w kontekście refleksji kulturoznawczej. Częściej można spotkać się z publicystyczną czy biznesową krytyką działań firmy, niż z rzetelną naukową analizą tego tematu9. Pojawiają się również głosy metaforyzujące działania kartograficzne Google i odnoszące je do ponowoczesnego dyskursu mapy i terytorium10. Brak tymczasem analizy znaczenia Google w kontekście poznawczym, percepcyjnym i komunikacyjnym. Poniższy tekst jest próbą odpowiedzi na ten brak, jego celem jest bowiem właśnie nakreślenie problemów kulturowych, wynikających z pojawienia się i popularyzacji paradygmatu Google Maps i Google Earth11.

Polityka: Pierwsza wojna cyberrealna

Nikaraguańska inwazja stanowi w zasadzie pierwszą realną wojnę wywołaną w cyberprzestrzeni, a może nawet „z winy Internetu” – wojnę cyberrealną. Stanowi to istotne novum nawet w kontekście refleksji nad cyberterroryzmem, cyberwojną i wojną informacyjną12. Sytuacja ta zwraca z pewnością uwagę na istotność narzędzia kartograficznego nowej epoki. Nikaraguański generał Pastora, który tłumaczył, że przygotowując inwazję, korzystał z Google Maps, jednocześnie podważył swój autorytet jako stratega, jak i niewątpliwie – co paradoksalne – dowartościował przecież produkt Google. Potwierdził on bowiem globalne potoczne odczucie realizmu obrazowania Google Maps. Mimowolnie zakwestionował również ustalenia postmodernistycznie ukierunkowanej humanistyki, dyskutującej od kilku dekad o kryzysie reprezentacyjnej siły mapy i twierdzącej, iż oczywiste jest dziś twierdzenie, że mapa nie jest równa terytorium. Generał, nieświadomy zapewne tego faktu, potwierdził jednak paradygmat mimetycznego traktowania znaków w Sieci, mimo powszechnej wśród internautów świadomości odrębności cyfrowej ich natury. Warto przy tym dodać, że generał bezbłędnie wskazał, że jeśli dysponujemy dziś mapą, która określa naszą współczesną świadomość, wyznaczając współdzielony globalnie model przestrzeni geograficznej – jest to właśnie mapa Google.

Warto jednak zastanowić się, czy stwierdzenie, że błąd Google wywołał międzynarodowy konflikt jest uzasadnione. Można widzieć w tym luddystyczny trend do obarczania technologii winą za braki użytkowników narzędzi – podobnie było przecież w wielu sytuacjach, od ataków terrorystycznych w Gazie, opisywanych przez „Guardiana” i BBC u zarania Google Earth, po atak na brytyjską bazę wojskową w Basrze, przybliżany przez „The Telegraph”13. W obu przypadkach dziennikarze skupili się na doniesieniach, jakich narzędzi używają terroryści, a nie na tym, czy nie można ich zastąpić innymi. Tradycyjna drukowana mapa podobnie może być przecież narzędziem terroru czy opresji, czego dowodem są dzieje kartografii i historia kolonizacji, która de facto jest również dziś jednym z powodów istnienia terroryzmu. Jest to kolejny przykład tradycyjnej perspektywy, obecnej zarówno w refleksji filozoficznej, jak i medioznawczej – obwiniania techniki i technologii (a szerzej: medium) o wpływ na intencje i działania użytkowników – co najmniej tak starej, jak rozważania Platona na temat degenerującego wpływu pisma na pamięć w Fajdrosie (sąd Tamuza, interpretowany był m.in. przez McLuhana, Postmana i Levinsona). Jeżeli współczesne „sądy” nad usługami Google czymś się różnią od wcześniejszych, to jedynie tym, że łatwiej dziś obok winy w sensie etycznym, mówić o odpowiedzialności za narzędzie w sensie prawnym.

Korporacja Google wprawdzie wzięła na siebie część winy za nikaraguański desant i przeprosiła za błąd mapy, który niezwłocznie naprawiono, przesuwając granicę tam, gdzie powinna się znajdować – wypada jednak zapytać o świadomość interpretacyjną osób korzystających z narzędzi tego typu do działań wojskowych. Trzeba przy tym dodać, że nie był to pierwszy potencjalny konflikt – wcześniej podobne zażalenie dotyczące nieprawidłowości przebiegu granicy na mapie Google zgłosił rząd Kambodży, któremu nie spodobał się wygląd kambodżańskiej granicy z Tajlandią. Można było i tym razem postąpić podobnie. Mamy zatem wyraźnie do czynienia z postępującą erozją wiedzy i odpowiedzialności współczesnych strategów.

Może chodziło tu jednak o sprowokowanie wydarzenia medialnego, symbolicznie kwestionującego porządek mapy i polityczne status quo w regionie. Z drugiej strony, przy okazji niejako, sytuacja ta obnażyła porządek mentalny właściwy cyberkulturze – fetyszyzm narzędzi cyfrowych i wiarę w dostępne modele poznawcze. Mapa ma przecież zawsze wymiar symboliczny, jednak jej porządek reprezentacyjny interpretujemy w kulturze jako porządek przede wszystkim mimetyczny. Umowność reprezentacji łatwo przecież przywoływać, gdy mapa ma charakter tradycyjny – wyłącznie symboliczny. W cyfrowej kartografii porządek ten jest jednak hybrydowo połączony z warstwą zdjęć satelitarnych, lotniczych i samochodowych usługi Google Street View, a zatem traci swój umowny charakter na rzecz bardziej realistycznej reprezentacji fotograficznej. Tym samym, to co symboliczne zaczyna być postrzegane jako prawdziwe. Problem polega jednak na tym, że prawdziwość ta jest falsyfikowalna. Prawie nikt nie zastanawia się nad białymi plamami na mapie, na której zostały one zamazane i wypełnione. Obraz wiarygodny staje się obrazem prawdziwym w odbiorze użytkownika14. Przykład przesuniętej granicy czy znikającego miasta również dobitnie potwierdza tę cechę mapy.

Folklor: Wielki powrót potworów i legend miejskich

Warto spojrzeć także na przykłady paradoksalne, potwierdzające pozornie istnienie zjawisk paranormalnych, potworów i cudów natury. Historia Bugzilli nie dowodzi przecież istnienia gigantycznego insekta, lecz funkcjonowania wyobraźni mitycznej wśród internautów. Z drugiej strony, zwraca uwagę na sprawę zasadniczą, związaną z sukcesem usług kartograficznych Google – ich zdolność do gromadzenia społeczności wokół produktu. Trzeba bowiem zauważyć, że u jej podłoża tkwi eksplikowana przez firmę idea rozwijania produktu przy pomocy użytkowników (którzy zyskują status deweloperów). Jest to sprawne wykorzystanie siły Sieci – Web 2.0, zgodnie z wymogami kultury partycypacji. Użytkownicy przywiązują się do współtworzonych przez siebie serwisów (opartych na zasadzie user-generated content) i przyjaznej użytkownikom (user-friendly) korporacji. Warto również dodać, że akademicka geneza Google obiecuje internautom pewność lub przynajmniej wysokie prawdopodobieństwo pozytywnego wykorzystania ich pracy, zgodnie z ich założeniami, a zatem bez nadużyć. Google jest firmą, której się ufa. Nawet jeśli czasem zawodzi, jak w przypadku Chin.

W sensie kulturowym ważne jest jednak również to, że proponowane przez Google usługi stają się podstawą budowania nowych narracji, a nawet – jak w przypadku Google Maps i Google Earth – sprzyjają powstawaniu folkloru nowego typu. Można nazwać go netlore (zgodnie z propozycją Michała Derdy-Nowakowskiego), charakteryzuje bowiem zjawiska typowe właśnie dla Sieci15. W perspektywie kulturoznawczej potwory w Google Earth czy tajemnicze znaki w Google Maps nie różnią się znacząco od opowieści o wielkiej stopie, czarnej wołdze czy dzikim mężu, kolekcjonowanych i opisywanych wcześniej przez folklorystów16, oczywiście poza wykorzystaniem nowych narzędzi i środowiska cyberprzestrzeni, charakterystycznego dla współczesnej kultury. Mimo to, można wciąż dziś mówić o „kompleksie zabłoconych butów”, który pokutuje w tradycyjnym myśleniu o folklorze, opóźniając i ograniczając rodzime badania w cyberterenie, na co zwraca uwagę Waldemar Kuligowski17.

Myślenie magiczne jest jednak obecne również a cyberkulturze. Wiąże się ono bezpośrednio z wyobraźnią ludową, w której technologia i nowe media odgrywają przecież coraz większą rolę. Za Postmanem można w tym miejscu przytoczyć niezwykle ważne dziś stwierdzenie, że „nasze media są naszymi metaforami”, a zatem to właśnie media stanowią współcześnie materiał budujący naszą „racjonalność imaginatywną”, jak określają ją Lakoff i Johnson18. Racjonalność imaginatywna łączy w sobie dwa porządki – obiektywny i subiektywny, trudno więc dziwić się, że nie jest możliwe w praktyce komunikacyjnej wyparcie się wiary w obraz, nawet mimo pełnej świadomości tego, że jest on metaforą określonego typu19. W pewnym sensie tłumaczy to „racjonalny” rys społecznego tropienia potworów i zjawisk paranormalnych w GE i GM. Użytkownicy szukają realnych znaków na realistycznych, lecz jednak symbolicznych obrazach (a zatem i znaki mogą mieć charakter mitotwórczy). Jest to jednocześnie nowy typ symbolicznego kolekcjonerstwa, podobny zbieraniu pocztówek czy kolekcjonowaniu znaczków z egzotycznych krajów. Zbieractwo to również funkcjonuje jako działanie społeczne, współtworzące więzi międzyludzkie, a zatem budujące określoną społeczność.

Z perspektywy Google są to jedynie błędy mapy, które użytkownicy pomagają znaleźć i usunąć (w tym sensie generał Pastora doskonale wpisał się w paradygmat działań użytkownika zaprogramowany przez Google). Warto zastanowić się, jakie typy błędów pojawiają się tu najczęściej i skąd się biorą. Z obserwacji wynika, że najbardziej zadziwiające można zakwalifikować jako błędy techniczne, a wiążą się one m.in. z obecnością insektów na zeskanowanych zdjęciach (bugzilla), obecnością artefaktów pochodzących z aparatu fotograficznego (tajemnicze napisy i symbole), zestawieniem zdjęć z różnych pór roku (cudowna wyspa) lub błędów wynikających ze złej interpretacji pomiaru wysokości terenu20. Do tej kategorii błędów można zaliczyć także takie, które wynikają z użycia materiału fotograficznego, zwłaszcza zdjęć lotniczych. Chodzi tu o obecność artefaktów rzeczywistych, wykazujących się dynamiką, takich jak samoloty w locie, samochody czy statki w ruchu, a nawet ptaki.

Warto dodać, że jedną z najbardziej spektakularnych pomyłek Google Maps typu technicznego (zaobserwowaną zaraz po uruchomieniu serwisu) była zła interpretacja danych o wysokości terenu, która spowodowała, że zamiast wieży Eiffela na mapie Google w centrum Paryża widoczne było wysokie wzgórze. Podobne błędy tego typu internauci znajdują po dziś dzień, jednak najczęściej dotyczą one łańcuchów górskich (na przykład brak klasycznej sylwetki Mnicha w panoramie masywu Mięguszowieckich Szczytów widocznej znad Morskiego Oka). Oczywistość błędu w centrum Paryża każe zadać jednak pytanie, czy rzeczywiście zespół ekspertów Google nie był w stanie skorygować omyłki. Wydaje się raczej, że firma świadomie stosuje strategię, która polega na pozwalaniu użytkownikom, by dokonywali samodzielnie takich mikroodkryć, co daje wrażenie rzeczywistej partycypacji w procesie ulepszania serwisu.

Jednocześnie wyzwala to dyskusje między internautami, które scalają wspólnotę Google Earth Community – błędy Google są bowiem rodzajem „atrakcjonu”, który przyciąga do serwisu, ale też tematem plotki, którą przekazuje się innym członkom społeczności21. W konsekwencji pojawiają się w społeczności naturalne podziały odpowiadające zainteresowaniom – pewne grupy wyszukują na przykład samoloty czy statki uwiecznione na zdjęciach, inne szukają nagich postaci na plażach czy tajnej broni. Wśród kolekcji tego typu znajdują się też zbiory iluzji i obiektów paranormalnych widocznych w GM i GE. Jest to pole do popisu dla wszelkich jednostek zainteresowanych UFO, tajnymi bazami wojskowymi, ale też dla tropicieli kręgów w zbożu oraz tajemnych boskich znaków, poszukiwaczy dziwnych zwierząt (jak brontozaur z trawy i krzaków), a nawet zwolenników teorii o związkach Google z nazizmem (budynek w kształcie swastyki). Nie są to jednak w przeważającej mierze błędy, a jedynie iluzje lub ciekawostki wynikające z niecodziennego punktu widzenia, jaki dają zdjęcia satelitarne i lotnicze tworzące mapy Google. Trzeba dodać, że społeczność jako całość niekoniecznie traktuje poważnie takie odkrycia, choć jednocześnie część internautów tak się właśnie do nich odnosi.

Scalanie społeczności wokół czynności naprawiania błędów oznacza też w sensie komunikacyjnym budowanie zaangażowania użytkowników, nakierowanego na produkty Google. Użytkownik, który zauważa błędy i widzi, że Google za jego radą je naprawia, ma poczucie udziału w globalnym mapowaniu, we wspólnym tworzeniu potęgi internetowej. Z tej perspektywy można zatem spojrzeć na łatanie dziur systemu czy zapełnianie białych plam na mapie jako na działalność fanowską. W pewnym sensie społeczność wokół Google Maps i Google Earth można nazwać fandomem Google. Zresztą, do tego typu działań wokół omawianych produktów można też zaliczyć inne czynności, takie jak tworzenie znaczników i mashupów, budowanie warstw, tworzenie wirtualnych wycieczek, a także modeli 3D określonych budynków i kompleksów urbanistycznych, a nawet miast. Za takim rozumieniem powyższych aktów współczesnej twórczości oddolnej przemawia również podejście Henry’ego Jenkinsa, który traktuje różne działania medialne i komunikacyjne fanów jako specyficzną twórczość ludową w czasach kultury partycypacji (choć nie odnosi się do Google)22. Jeśli wziąć na dodatek pod uwagę fakt, że czas i przestrzeń mapy tworzą w pewnym sensie porządek symboliczny, a zatem można znaleźć tu powiązania z porządkiem mitycznym – istnienie potworów jako elementów tworzenia wspólnotowych narracji przestaje dziwić, nawet w tak zdawałoby się racjonalnym, technologicznie zdominowanym świecie23.

Można widzieć tu jeszcze inny rys – adaptacji nowej technologii do warunków kulturowych, adaptacji, która zachodzi poprzez ulepszanie i personalizację, jak i poprzez uczenie się technologii przez użytkowników i włączanie jej do repertuaru operacji i kompetencji kulturowych czy – ujmując to bardziej antropologicznie – w zestaw dostępnych i podzielanych wzorów kultury. W sensie cywilizacyjnym wyszukiwanie dziwnych czy zabawnych elementów w zdjęciach satelitarnych i lotniczych ma zatem na celu przyzwyczajenie użytkowników (choć nie jest to przez nich uświadamiane) do operowania interfejsem Google Maps czy Google Earth, nabranie biegłości w interpretacji danych wizualnych nowego typu oraz wytworzenie sieci społecznej łączącej wzajemnie użytkowników serwisu oraz – co nie mniej ważne – użytkowników z dostarczycielem danych24. Jednocześnie można widzieć tu realizowane dwa cele Google – wyrabianie nawyku użytkowania usług Google w ogóle (cel jawny) oraz propagowanie zwyczaju akceptowania jako obiektywnego modelu przestrzeni geograficznej proponowanego przez firmę Brina i Page’a (cel niejawny) o charakterze subiektywnym (i zideologizowanym).

Polityka i strategie wizualne Google

Nie wszystkie błędy Google Maps czy Google Earth to akcydentalne błędy techniczne. Inną kategorię tworzą błędy zamierzone, związane z polityką Google oraz zobowiązaniami względem różnych podmiotów politycznych i gospodarczych. Nie są one powiązane z netlorem powstającym wokół produktów Google, a raczej z ideologią i polityką firmy. Można je nazwać celowym fałszowaniem mapy dokonywanym przez samego kartografa.

Trzeba wreszcie zapytać, jaki jest ten subiektywny model świata, czyli jak wygląda planeta Google. W tym miejscu należy cofnąć się w czasie i przypomnieć sobie pierwszy kontakt użytkownika z interfejsem aplikacji Google Earth, która pojawiła się w 2005 roku, po wcześniejszym przejęciu firmy Keyhole przez firmę Brina i Page’a25. Zastanowić się tu trzeba nad doświadczeniem percepcyjnym, które polegało na trzymaniu Ziemi pod palcami i obracaniu kuli ziemskiej za pomocą jednego lekkiego ruchu palca na trackpadzie. Było to zwłaszcza na początku znaczące doświadczenie symboliczne, dające poczucie wolności i mocy (choć uczucie to wydaje się zanikać wraz z przyzwyczajeniem się do interfejsu). Towarzysząca mu „boska” czy „kosmiczna” perspektywa potęguje wrażenie omnipotencji – Google Earth to świat, w którym dominuje użytkownik, bawiący się obrazem Ziemi jak dziecko piłką26. Można tu wręcz mówić o teledotyku, gdyż wraz z zaprogramowanym zbliżaniem się powierzchni mapy (zoom zadany jest przecież automatycznie) reprezentacja z symbolicznej staje się coraz bardziej realistyczna, użytkownik od ilustracji przechodzi bowiem do percepcji zdjęć satelitarnych i lotniczych. Można zatem mówić o konkretnej operacji, jaką jest teleakcja w szerokim rozumieniu27. Użytkownik bawiąc się obrazem Ziemi, w istocie operuje samą Ziemią w sensie percepcyjnym, poznawczym i symbolicznym.

Łączą się tu zatem perspektywy: ludyczno-poznawcza i filozoficzno-religijna. Można postrzegać tę sytuację jako kolejny krok uprzedmiotowienia Ziemi i przestrzeni geograficznej w ogóle (w epoce postkolonialnej przebiega ono za pośrednictwem nowych mediów), jednocześnie można widzieć tu również, jak Derrick de Kerckhove, początek świata globalnych emocji, myślenia w skali planety28, a zatem zjawiska pozytywne. Niezależnie od podejścia ujawnia się interesująca kwestia, a mianowicie fakt upowszechnienia tego modelu poznawczego nie tylko wśród internautów aktywnie bawiących się wizerunkiem Ziemi, ale też wśród osób rzadko tego doświadczających. Za sprawą mediów masowych, zwłaszcza telewizji i kina, model ten jest wykorzystywany bądź kopiowany, a zatem powielany i upowszechniany na szeroką skalę również wśród osób nie korzystających z usług Google w ogóle. Mapy i atlas Google są bowiem albo elementem wizualizacji przestrzeni geograficznej czy określonego dystansu, albo stają się podstawą (a wobec sukcesu GM i GE przynajmniej pośrednim odniesieniem) analogicznej wizualizacji dokonywanej przy użyciu innych narzędzi (konkurencyjnych serwisów) czy animacji tworzonych specjalnie na okazję filmu czy programu telewizyjnego. Może również zdarzyć się, iż doświadczenie użytkownika darmowej przeglądarki map i aplikacji atlasu zostanie rozszerzone dzięki mediom masowym o doświadczenia użytkownika wersji komercyjnej (bogatszej o dodatkowe możliwości interakcji i większą bazę obrazów miast w wersji trójwymiarowej).

Szukając odpowiedzi na pytanie, jak kształtuje się polityka Google w tym zakresie, należy postawić inne: co widać, a czego nie widać w GE i GM, jakie znaki terenowe lub obszary geograficzne są widoczne, a jakie podlegają ukryciu na mapach Google. Ewidentną pomocą w tym zakresie są również roszczenia określonych rządów oraz innych podmiotów gospodarczych bądź politycznych względem korporacji. Ważne są również charakterystyczne odpowiedzi firmy na te żądania, a także strategie ukrywania pewnych elementów, sposoby falsyfikacji mapy. Interesujące są też motywacje obydwu stron.

Celem naczelnym Google powinna być jak najlepsza (czyli najbardziej odpowiadająca rzeczywistości) mapa. Każde imperium dba przecież o swoją mapę. Z drugiej strony, imperium internetowe Google działa na terenie Stanów Zjednoczonych i podlega tamtejszemu prawu, a ponadto jego celem nie jest wywoływanie konfliktów międzynarodowych czy sprzyjanie terrorystom. Z tych powodów, jak i z uwagi na liczne procesy wytaczane firmie przez różne instytucje, oficjalne stanowisko Google nazwać można polubownym, jeśli nie wręcz ugodowym. Google godzi się na większość politycznych i militarnych ingerencji w mapę, aby nie być uznawanym za prowokatora (i aby bronić swoich interesów na określonych rynkach). Dla wielu państw już samo istnienie wyszukiwarki map (i nie tylko) jest naganne, a Google jest postrzegane jako dostarczyciel usług, które powinny zostać zakazane. Takie stanowisko cechuje przede wszystkim rządy totalitarne oraz państwa z ograniczonym dostępem obywateli do informacji. Z drugiej strony, trudno nie zauważyć, że Google adresuje swe usługi jedynie do obywateli lepiej rozwiniętych gospodarczo i technologicznie części świata, a zwłaszcza do świata anglosaskiego, co dobrze ilustruje dostępność stosunkowo nowych opcji mapy, takich jak Street View, czyli panoramiczne zdjęcia terenu wykonane za pomocą samochodów, trójkołowców i innych pojazdów Google29. Nie jest to oczywiście równoznaczne z podziałem świata na lepszy i gorszy – Google dociera przecież ze swymi różnymi usługami także do innych krajów, jednak mapy – podobnie jak lista informacji na temat polityki prywatności Google – dostępne są tylko w wybranych językach i na terenie ograniczonej liczby państw30. Należy jednak wspomnieć też o tym, że Google Maps i Google Earth są produktami, które w wielu miejscach na świecie podlegają cenzurze, bądź są niedostępne w ogóle dla internautów łączących się z Siecią z danego kraju (Maroko, terytoria palestyńskie – Strefa Gazy i Zachodni Brzeg Jordanu,Chiny, Korea Północna, Iran, Irak, Afganistan, Sudan, etc.). Wiąże się to z umową pomiędzy Google a rządem Stanów Zjednoczonych. Niekoniecznie natomiast odpowiada hasłu firmy: don’t be evil31.

Warto dodać, że Google ambiwalentnie traktuje kwestię cenzury – dopuszczając się roli cenzora, gdy chroni to interesy korporacji, a jednocześnie tworząc przekaz, że jest ona cenzurze przeciwna: publikuje „Google Transparency Report” – narzędzie, które pozwala sprawdzić, gdzie i kiedy formułowane są przez rządy (i sądy) w stosunku do Google nakazy usunięcia określonych treści z Sieci lub dostępu do określonych usług czy danych użytkowników32. Utrzymując wizerunek firmy dbającej z jednej strony o ochronę prywatności, a z drugiej – o przejrzystość przepływu danych, Google próbuje zjednać sobie sprzymierzeńców zarówno po stronie rządów łaknących kontroli i danych użytkowników, jak i po stronie samych użytkowników, którzy tej kontroli są raczej przeciwni. Rzeczywiście przegląd danych udostępnionych przez Google do wglądu zainteresowanym, daje ciekawy obraz świata i jego problemów społecznych. Jest to obraz odbiegający od standardowego medialnego porządku – kraje najbardziej rozwinięte gospodarczo i demokratyczne okazują się mniej lub bardziej subtelnymi mechanizmami kontroli nad obywatelami33, a kraje totalitarne zasłaniają się lokalnym prawem, które może kwestionować upublicznianie informacji na temat nakazu ujawnienia danych czy polityki cenzury treści. Przypadek ten dobrze ilustruje przykład Chin, których władze uznają żądania cenzury za tajną sprawę tego państwa, a zatem uniemożliwiają Google publikację tych informacji. Paradoksalnie, pełna jawność informacji tego typu ze Stanów Zjednoczonych (ze strony rządu oraz nakazy sądowe) pozwala stwierdzić pozornie, że kraj ten wymaga od Google o wiele większej cenzury niż Chiny. Wystarczy jednak wnikliwie prześledzić kolejne raporty i aluzyjne uwagi Google, by dostrzec dysproporcje. Kraje o niedemokratycznym ustroju najczęściej w inny sposób pojawiają się w wykazie – jako miejsca, w których określone usługi są częściowo lub zupełnie niedostępne34. Dotyczy to w pewnej mierze dostępu do samej wyszukiwarki Google, ale przede wszystkim do YouTube, Bloggera czy Google Docs – narzędzi, które mogą być potencjalnie wykorzystywane przez internautów przeciwko rządzącym (umożliwiają bowiem ich krytykę).

Trzeba dodać jednak, że „Google Transparency Report” nie pozwala przeanalizować polityki cenzury względem map w Google Maps i Google Earth. Jedyna informacja dostępna na ten temat w tym miejscu to wpis z 4 sierpnia 2009 roku o rocznej niedostępności Google Earth w Maroku, spowodowanej konfliktem związanym z odwzorowaniem Sahary Zachodniej35. Generalnie, trzeba przyznać, że o ile kwestie cenzurowania wyników wyszukiwania czy treści w serwisach YouTube czy Blogger są dziś jawne – i wzmacniają wizerunek Google jako „dobrej firmy”, o tyle dane dotyczące cenzurowania Google Maps i Google Earth nie są udostępniane oficjalnie przez korporację (nie przynosi to przecież poprawy wizerunku, na dodatek psuje renomę serwisów). Informacje takie trzeba więc śledzić albo na forach czy w Wikipedii, albo w doniesieniach prasowych na temat pozwów czy oficjalnych żądań skierowanych do korporacji. Google raczej nie komentuje tego typu zdarzeń, trzeba też przyznać, że najwięcej było ich w okresie początkowym działania usług, czyli w 2005 i 2006 roku. Można powiedzieć, że mimo problemów Google zdecydowanie broniło prawa obywateli do dostępu do danych, z drugiej strony wyrażając otwartą postawę konsyliacyjną.

Mapę fałszuje się zatem po cichu. Znamy jednak kilka przykładów głośnego domagania się zmian w mapach – choć szczegóły nie są od końca jawne, pewne ślady w postaci oficjalnych żądań i doniesień prasowych na ten temat można odnaleźć również w Sieci. Dają one pewien ogląd (z oczywistych względów niepełny) i wyznaczają spektrum problemów, związanych z reprezentacyjnym porządkiem mapy. Chodzi tu o konkretne żądania władz różnych państw, dotyczące wykreślenia z map określonych miejsc i obiektów, przede wszystkim militarnych i rządowych, ale też strategicznych obiektów gospodarczych czy po prostu dużych obiektów handlowych i rozrywkowych.

Jednym z państw, które dosyć szybko zgłosiło listę takich obiektów były Indie36. Sprawa trwała jednak dwa lata od momentu, w którym prezydent Kalam wyraził oficjalne zaniepokojenie obrazami satelitarnymi udostępnionymi przez Google (wymienił kwaterę główną armii, budynek Parlamentu Indii oraz Rashtrapati Bhavan, czyli Pałac Prezydencki). W dyskursie prasowym miejsca te nazywa się „wrażliwymi obiektami wojskowymi i naukowymi” i mówi się o ochronie przed „nieautoryzowanym podglądactwem” i złośliwym wykorzystywaniem mapy jako „pomocy obliczeniowej dla terrorystów”. Warto zacytować fragment artykułu opisującego strategię wymazywania elementów z mapy, ilustruje ona bowiem proces negocjacyjny i cele obydwu stron oraz metody fałszowania mapy:

Na niedawnym spotkaniu przedstawicieli Ministerstwa Nauki i Technologii [Indii – dop. A.M.] i reprezentantów Google Earth zadecydowano, że instalacje zidentyfikowane przez rząd zostaną uważnie zakamuflowane. Uznano, że jest to lepsze rozwiązanie niż całkowite zaczernienie [outright blackout]. Oprócz dobrze znanych miejsc jak BARC, istnieje wiele mniej znaczących i zaczernianie ich mogłoby tylko zwracać uwagę na te lokalizacje.

Obrazy tych lokalizacji będą dostępne maksymalnie z rozdzielczością 25-50 metrów, przypominając zdjęcia starszej generacji dostarczane przez satelity Indian Remote Sensing. Oficjalne źródła podają, że Google Earth będzie zniekształcało plany budynków [distort building plans] przez dodawanie nieistniejących struktur lub maskowanie pewnych aspektów obiektów [masking certain aspects of a facility]. Będzie to wykonywane bez przyciągania uwagi do takich instalacji, wśród których znajdują się laboratoria, kopalnie, obiekty wojskowe, centra kosmiczne i atomowe oraz rezydencje wysokiej rangi specjalistów.37

Wyrazista jest tu świadomość, że obróbka mapy musi mieć charakter subtelny – lepiej manipulować informacją niż ją ocenzurować w sposób jawny i przejrzysty. Podaje się tu trzy potencjalne metody dostosowania mapy – przy czym pierwszy nie jest polecany jako zbyt jawnie oznaczający miejsca zakazane (a zatem ważne i atrakcyjne dla „terrorystów i innych elementów subwersywnych, które mogą wykorzystać obrazy do działań nikczemnych”, jak ujął to prezydent Kalam38): wyczernianie (wymazanie obiektu), zniekształcenie (dystorsja kształtu przez dodanie fikcyjnych elementów), maskowanie elementów (lub pewnych ich aspektów). Mowa tu zatem o metodach kreatywnego oddziaływania na mapę – poprzez odejmowanie, dodawanie bądź zamianę elementów. Pierwszy sposób oznacza w zasadzie ponowne tworzenie białych plam (czy czarnych dziur) w mapie, dwa kolejne – twórczą reinterpretację mapy przez kartografa, rodzaj zdrady wobec jej reprezentacyjnego charakteru (i w zasadzie działalność subwersywną wobec idei mapy jako wiarygodnego i rzetelnego opisu danego terytorium). Warto dodać, że pierwsza opcja była forsowana przez indyjskich wojskowych, którzy początkowo byli zdania, że w domenie publicznej w ogóle nie powinny znajdować się zdjęcia wielu miast i rejonów, a w zasadzie indyjska racja stanu wymaga, by w Sieci „nie wyświetlać niczego”, i że Google powinno je definitywnie usunąć, wymazać bądź wyczernić39. Widoczny jest tu zatem ślad procesu negocjacyjnego, ewolucja świadomości władz i służb wojskowych oraz dostosowanie taktyki do kultury dostępu.

Przed Indiami swoje roszczenia zgłosiły Korea Południowa, Tajlandia i Holandia (oraz oczywiście wcześniej Stany Zjednoczone). Były to pierwsze państwa, które oficjalnie zwróciły uwagę na niebezpieczeństwo płynące z pełnej jawności danych geograficznych i obecności darmowej mapy w Sieci. Można zrozumieć obawy Korei Południowej (będącej przecież wciąż w stanie wojny z Koreą Północną) czy Tajlandii (gdzie siły rządowe zwalczane są przez bojówki tamilskich tygrysów), Holandia natomiast jako przykładne państwo wielokulturowe może w tym zestawieniu nieco dziwić. Strach przed terroryzmem jest jednak dosyć oczywistym wytłumaczeniem podjętych również przez ten kraj działań; do dziś Holandia jest też jednym z państw, w których lista oficjalnie ocenzurowanych miejsc jest największa. Przykłady modyfikacji mapy Google na terenie Holandii to przede wszystkim zastosowanie dwóch metod: pikselizacji zdjęć i zamaskowania obiektów siatką maskującą – ocenzurowano tu bazy wojskowe różnego typu (zwłaszcza lotnicze i morskie), lotniska, rafinerie, porty, rezydencje królewskie, budynek Ministerstwa Obrony, Europejskiego Centrum Badań Kosmicznych i Technologii oraz Europejskiej Agencji Kosmicznej (w Noordwijk aan Zee)40. Na mapie Korei Południowej Google musiało natomiast zupełnie wykasować: Pałac Prezydenta (Niebieski Dom), Ministerstwo Obrony, najważniejsze obiekty wojskowe, zwłaszcza bazy lotnictwa i marynarki wojennej, w tym bazy amerykańskie41. Dziennikarze „The New York Times” zwracają uwagę na fakt, że mapa Google ujawnia zarówno tajne miejsca w Korei Południowej, jak i Północnej (w tym elektrownię atomową w Jongbion), a zatem nie faworyzuje żadnej ze stron konfliktu42.

Wikipedia podaje przykłady kilkunastu państw, których obrazy zostały przez Google ocenzurowane43. Oprócz opisanych wcześniej metod można odnaleźć tu wybielenie (oversaturation in white) – jak w przypadku torów kolejowych i pasa startowego lotniska Minami Torishima w Japonii, które znikają w bieli piasku na wyspie. Inną metodą jest zakrywanie fragmentu obrazu przestrzeni zieloną plamą koloru w odcieniu przypominającą las (widoczną dopiero po zbliżeniu do obiektu) – jak w przypadku obiektów na Węgrzech, takich jak elektrownie czy rafineria Százhalombatta. Jeszcze innym zabiegiem jest nakładanie starszych zdjęć czy wycinanie i wklejanie zdjęć zupełnie innego terenu – jak w przypadku baz wojskowych na Tajwanie czy lotniska Shuinan. W Hiszpanii natomiast zastosowano półprzezroczyste rozmycie (blurr) obrazu lotnisk i obiektów wojskowych. Co ciekawe, różnice w zastosowanych metodach mają charakter regionalny, a nawet widoczne są pewne różnice w preferencjach rządów różnych państw. Na przykład na mapie Rosji ukryte elementy są przykryte zieloną powierzchnią i rozmyte, na mapie Węgier jedynie przykryte zieloną plamą, na mapie Niemiec i Holandii preferuje się pikselizację i zaplamkowanie (rodzaj cyfrowej siatki maskującej), w Hiszpanii rozmycie z wyraźnymi konturami, w Szwecji maskowanie powierzchnią lasu etc.

Warto jeszcze dodać, że Stany Zjednoczone są obecne na powyższej liście wraz z pełną rozmaitością zastosowanych metod cenzury, natomiast do wymienionych obiektów dodają również określone strategiczne centra naukowe i wydziały uniwersyteckie. Specyfiką USA i Rosji natomiast (wyraźnie słabo obecnej na liście w Wikipedii, co świadczy zapewne o dobrym ukryciu określonych obiektów, a nie o ich nieistnieniu) jest ochrona cenzurą domów prywatnych osób znanych i bogatych, nie będących oficjalnymi reprezentantami państw – w USA aktorów, w Rosji – dyrektora Gazpromu. Można oczywiście traktować różnice obiektów i metod cenzury jako szczegóły techniczne, jednak pokazują one zarówno to, że różne rządy podchodzą do sprawy mniej lub bardziej restrykcyjnie oraz że ich polityka zmienia się z czasem – podobnie jak metody fałszowania mapy, a cenzura reprezentuje wyraźnie odmienne grupy. Trzeba też dodać, że część państw, takich jak Szwecja czy USA wyraźnie odchodzą od pierwotnego zamiaru cenzurowania wszystkich informacji. Obrazy Białego Domu zostały na przykład ocenzurowane w 2005 roku, dziś jednak są dostępne w wysokiej rozdzielczości. Jedynym wyraźnie pozapolitycznym elementem usuniętym z mapy Google jest natomiast park narodowy Tantauco w Chile. Warto też dodać, że Google za metodę cenzury uznaje też fakt, że zazwyczaj zdjęcia określonych terenów są nie do końca aktualne – istnieje tu wyraźne napięcie pomiędzy potrzebami użytkowników (ideałem byłaby projekcja obrazu świata w czasie rzeczywistym), a ich prywatnością, bezpieczeństwem i wymogami rządów (im starsze zdjęcie, tym lepiej).

Kończąc ten przegląd, należy też zapytać, czy mamy tu jedynie do czynienia ze strachem przed wrogiem, konfliktem wojennym, obcym wywiadem, wreszcie terrorystami. Wydaje się, że w dużej mierze właśnie o takie obawy tu chodzi, jednak nie tylko. To także prewencyjna ochrona informacji dotyczących obiektów strategicznych, a częściowo może też maskowanie innych lepiej ukrytych miejsc. Odnalezione przez wikipedystów czy użytkowników Google Earth i Google Maps miejsca błędów mapy to przecież jedynie jakaś część zestawu danych kartograficznych, które Google przetwarza. Można z dużym prawdopodobieństwem stwierdzić, że „błędów mapy” natury politycznej i militarnej jest znacznie więcej44. Na niektórych terenach zapewne też trudniej je dostrzec – na przykład w Rosji, w tajdze, ale także w różnych innych krajach – w lasach czy na pustyniach. Z drugiej strony, media co jakiś czas zwracają też uwagę na to, że zdjęcia satelitarne i lotnicze dostarczane dla Google Maps stanowią podstawę analizy określonych terenów przez specjalne agencje – mowa tu oczywiście o pewnym zakresie współpracy Google z CIA i rządem USA. Nie można jednak demonizować takich wiadomości – to nie Google Maps odkrywa tajną broń czy nowy rodzaj statków45.

Wspominałam już, iż Google posądzane jest co jakiś czas o prowokowanie terrorystów poprzez dostarczanie im doskonałego narzędzia do planowania zamachów. Tak było w 2007 roku, gdy „Guardian” oskarżył korporację o winę za zamachy przygotowywane w Strefie Gazy46. Podobnie było rok później, gdy rząd indyjski uznał, że Google pośrednio odpowiada za zamachy na hotel w Bombaju47. Wszyscy wymienieni terroryści korzystali bowiem z Google Maps lub Google Earth i się do tego głośno przyznawali. Warto jednak zastanowić się, czy te zarzuty w ogóle mają jakąkolwiek rację bytu w świecie zglobalizowanym i usieciowionym. Można jednak zgodzić się też z Nicholasem Deleonem, że w tym drugim przypadku chodziło raczej o to, że Google jest konkurencją dla projektu indyjskiej wyszukiwarki map i zdjęć satelitarnych Bhuvan, wspieranej przez państwo48. Problemem jednak pozostaje kwestia stosunku Google do wiedzy, jaką daje korzystanie z produktów korporacji.

Trzeba przyznać, że Google rzeczywiście pełni rolę „agnostycznego kartografa”. Z całą pewnością chęć zadowolenia użytkowników i ich rządów jest przykładem skomplikowanej polityki Google w tej mierze. Z drugiej strony, istnieją jeszcze inne kwestie, które bardziej komplikują sprawę. Przykładu takiej komplikacji dostarczają przynajmniej trzy przypadki: zamiana nazw geograficznych indyjskiego regionu Arunachal Pradesz na nazwy chińskie w sierpniu 2010, sprawa Zatoki Perskiej mianowanej przez Google Arabską w lutym 2008 roku, co zostało oficjalnie oprotestowane przez Iran i kwestia protestu Izraela wobec palestyńskich nazw nadanych przez użytkownika miastom i terenom dawnej Palestyny49.

Arunachal Pradesz jest stanem kontrolowanym przez Indie, do którego pretensje zgłaszają od lat Chiny. Pomyłka Google ma korzenie jeszcze w błędzie opisu granicy z roku 2007. Poprzedni błąd został szybko naprawiony, tym razem zmiany polegały jednak na zastąpieniu nazw indyjskich chińskimi, a zatem na potencjalnym kwestionowaniu politycznego status quo regionu. Sprawa tym bardziej była poważna, że przypadek ten towarzyszył kolejnej sesji rządowych rozmów dwustronnych, które miały na celu wypracowanie kompromisu w sprawie granic (zarówno w Arunachal Pradesz, jak i w Aksai Chin, gdzie sytuacja jest dokładnie odwrotna – kontrolę nad terenem sprawują Chiny, a roszczenia do niego zgłaszają Indie)50. Przedstawiciele Google tłumaczyli się tym razem błędem spowodowanym rutynowym uaktualnieniem bazy danych, nie wydaje się to jednak wyjaśniać całej kwestii, tym bardziej, że większość pomyłek Google w tym rejonie wypada na korzyść Chin, co podsyca oczywiście nastroje indyjskich mediów i blogosfery.

Można jednak znaleźć rozwiązanie tej tajemniczej zagadki i to niekoniecznie na poziomie domniemywania spisku czy współpracy Google z prochińskim w pewnym zakresie rządem USA. Wyjaśnienie nie ma związku z teoriami spiskowymi, a rzeczywiście potwierdza do pewnego stopnia wątek błędu technicznego – choć trzeba przyznać, że nie wszystkie aspekty sprawy dają się rozwikłać. Ze względu na kwestie prawne, Google utrzymuje dwie bazy danych Google Maps. Jedna to baza globalna – dostępna z Internetu właściwego. Druga umieszczona jest na serwerach chińskich i dostępna jest jedynie na terenie Chin dla obywateli tego kraju, korzystających z lokalnego, czyli ocenzurowanego, Internetu. Ze względu na to, że zgodnie z chińskim prawem mapy niezgodne z oficjalnie uznawanymi przez Chiny granicami są na terenie tego państwa nielegalne, a ich dystrybutorzy podlegają karze, serwery chińskie posiadają inną bazę danych geograficznych i inaczej interpretują mapy niż serwery globalne.

Chińczycy widzą zatem jedyną właściwą, czyli legalną wersję granic swego kraju, choć niekoniecznie prawdziwą. Z kolei Hindusi podłączeni do globalnych serwerów nie mają problemu z rozpoznaniem rzeczywistych granic, również jedynych legalnych w obliczu lokalnego prawa. Stefan Geens słusznie zauważa, że problem, który zaistniał w sierpniu 2010 roku polegał na wymieszaniu i nałożeniu się części danych z serwerów chińskich z danymi z serwerów globalnych (choć wciąż pozostaje pytanie: jak to się stało, również w sensie technicznym, skoro obydwie sieci są praktycznie odseparowane)51. Sprawa wydaje się równie znacząca, jak przypadek granicy Kostaryki – znów to imperium Google wydaje się wyznaczać, kto w konflikcie ma rację, po czyjej należy stanąć stronie, wreszcie w konsekwencji – do kogo należy dane terytorium. Ważne jest to tym bardziej, że podobnie jak w przypadku wyników z wyszukiwarki Google, tak i wyniki z wyszukiwarki map tej firmy są przez użytkowników traktowane powszechnie jako „interfejs do rzeczywistości”52, a nie jako jej interpretacja. Dla większości użytkowników oczywiste zatem jest to, że Arunachal Pradesz jest lub przynajmniej powinien być chiński, podobnie jak wcześniej fragment kambodżańskiej dżungli powinien przypaść (lub rzeczywiście należy do) Tajlandii, choć mieści się w nim jedna z najważniejszych świątyń Kmerów53.

Drugi wspomniany znaczący przypadek dotyczy nazw geograficznych w obrębie mapy. W 2008 roku izraelskie miasteczko Kiryat Yam wytoczyło Google sprawę sądową ze względu na to, że na mapie znajdowała się palestyńska nazwa tego miejsca. Było to konsekwencją powszechnego w kartograficznych produktach Google wykorzystywania działań użytkowników do współtworzenia bazy nazw w Google Earth. Tameen Darby, jeden z licznych użytkowników, opisał miasto nazwą palestyńskiej wioski, którą w 1948 roku Izraelczycy zniszczyli i na miejscu której powstało miasto Kiryat Yam. Podobnie uczynił zresztą z wieloma miejscami w regionie, przywracając im symbolicznie dawne nazwy i współtworząc tym samym warstwę społecznościową mapy. Groźbę procesu w tej sytuacji można potraktować jedynie jako próbę wymuszenia na Google odpowiedzialności politycznej za działania użytkowników, w innym przypadku pozwanym powinien być sam użytkownik, zresztą sprawą wątpliwą jest w ogóle zasadność takiego pozwu, choć jak twierdziły władze miejskie naruszono godność i dobre imię miasta i jego mieszkańców, ofiar Holokaustu. Symbolicznie wskazuje to jednak zwrot sił politycznych ku Google jako „władcy mapy”.

Na nieco inny aspekt z kolei wskazuje trzeci przykład przytaczany przez Gravoisa. Chodzi tu jednak również o prawo do nadawania nazw, a zatem o tradycyjne prawo kartografa, odkrywcy. Zatokę Perską w swoich produktach Google usilnie nazywa Zatoką Arabską, na co zwrócił uwagę Iran i co próbowano oficjalnie zakwestionować przez prowadzenie społecznej kampanii polegającej na pisaniu petycji w serwisie Petition Online. Petycję w ciągu jednego dnia podpisało ponad milion dwieście trzydzieści pięć tysięcy internautów. Jeśli odwołamy się do starszych map i atlasów, sprawa wydaje się oczywista, jednak – Google co znamienne – podtrzymuje swoją wersję. Dla Irańczyków oznacza to atak na symbol narodowej historii i proarabski ukłon Google. Petycja jednak odniosła pewien skutek – korporacja zmieniła częściowo oficjalne zasady nazewnictwa akwenów wodnych w swoich produktach. Stanowisko Google brzmi dziś następująco: nadawane są nazwy najbardziej współczesne i popularne (zgodne z uzusem językowym, w domyśle: amerykańskim), a w razie komplikacji spowodowanych różnymi wersjami nazwy uznawanej przez sąsiadujące z akwenem państwa – wyświetlane są warianty lokalne nazwy. W Google Earth Zatoka pozostała zatem Arabską, ale ponownie stała się też Perską – obydwie nazwy wyświetlają się na jednym akwenie; w Google Maps natomiast trudno zobaczyć jakąkolwiek nazwę – usunięto obie. W ten sposób Google zaznacza swoją władzę nad interfejsem. W warunkach korzystania z serwisu firma umieszcza odtąd następujące zdanie:

Usługi Mapy Google opierają się na uznanych międzynarodowych standardach dotyczących nazewnictwa i odwzorowywania danych. Na przykład, w przypadku określania nazw krajów czy terytoriów Google stosuje się przede wszystkim do standardu ISO-3166, uznawanego przez Dział Statystyczny ONZ.54

Trudno jednak wyobrazić sobie, by to ONZ była winna czasowemu zniknięciu Zatoki Perskiej. Trzeba dodać, że powyższy standard ISO dotyczy jedynie skrótów i nazewnictwa państw zgodnie z dokumentami ONZ, a nie wyjaśnia na przykład sprawy nazewnictwa akwenów. Cyfrowe imperium najwyraźniej standardowo zrzuca odpowiedzialność na inne podmioty (potwierdza się to zresztą najczęściej w przypadku przyznawania się do błędów mapy – to najczęściej dostarczyciel zdjęć jest winny błędów w opinii przedstawicieli Google).

<Na zakończenie analizy polityki kartograficznej Google trzeba poruszyć jeszcze jedną istotną kwestię, jaką jest polityka prywatności. Usługi Google od początku rodziły wątpliwości w tym zakresie – począwszy od podglądactwa, które wyzwoliły na masową skalę (wielu użytkowników chciało przecież wiedzieć, jak wygląda nie tylko ich dom, ale i posiadłości sąsiadów albo gwiazd popkultury). Poważne problemy wyzwoliła jednak dopiero usługa Google Street View. Zdjęcia wykonywane na ulicy naruszały początkowo prywatność wielu osób, wywołując falę protestów, zarówno w USA, jak i poza granicami kraju. Zauważono, że na zdjęciach można rozpoznać osoby, a także tablice rejestracyjne samochodów osobowych, a w niektórych rejonach, takich jak Holandia, również wnętrza domów.

Z czasem firma Google zmuszona została do zmiany taktyki i dziś produkt, który oferuje, wyposażony jest w opcję automatycznego zamazywania twarzy i tablic rejestracyjnych, a dodatkowo można zgłosić korporacji przypadki naruszenia prywatności i poprosić o zamazanie określonych elementów na przykład na zdjęciach pokazujących należącą do nas posesję55. Korporacja podkreśla też, że w Street View dostępne są jedynie obrazy przestrzeni publicznej, a zdjęcia nie są aktualne. Mimo to, program oprotestowano w Japonii, USA, Niemczech, Polsce i wielu krajach Unii Europejskiej. Podejmowano także akcje happeningowe, mające na celu kontestację Street View, zmuszające Google do zwiększonej czujności i cenzury obrazu (na przykład ze względu na rozebrane postaci przechodniów czy nieprzyzwoite gesty wykonywane przez nich w kierunku samochodów Google). Prawdą jest, że to właśnie ta usługa zmienia usługi kartograficzne Google w totalnie panoptyczną konstrukcję. Od mapy zmierzają bowiem ku voyeurystycznemu systemowi pełnej wizualnej kontroli. Prywatność – jak w przypadku innych usług Google – przestaje istnieć. Użytkownicy muszą współdzielić już tyle danych i tak poddać się systemowi nadzoru, że przestają to zauważać.

Warto w tym miejscu podsumować, jakie problemy i niebezpieczeństwa generują zatem mapy Google. Poza problemami natury polityczno-militarnej, czyli dotykającymi bezpieczeństwa i kwestii tożsamości narodowej, trzeba wymienić tu problemy dotyczące ograniczenia prywatności, nieadekwatności informacji, a jednocześnie podatność na błędy, hakowanie i terroryzm. Można tu dodać również konsekwencje finansowe – gdy na przykład urzędy (jak w Gliwicach) dochodzą do wniosku, że mapa Google jest doskonałym narzędziem do aktualizacji bazy należności z tytułu podatków gruntowych – czy kulturowe, gdy natykając się na błąd mapy internauci nieświadomie inkorporują nieprawdziwą wizję świata (jak Chińczycy w przypadku granic swego państwa).

Trzeba jednak sprawiedliwie spojrzeć na doskonałe narzędzie kartograficzne, jakie dostarcza Google i dostrzec również jego zalety: wysoce edukacyjny charakter (poza kwestiami terenów spornych czy przypadkami błędów), dostępność w sensie przestrzennym, i czasowym, darmowość, szybka responsywność (aktualizacje) w przypadku sytuacji kryzysowych (jak w przypadku trzęsienia na Haiti, tsunami w Japonii czy huraganów w USA), wielofunkcyjność, bogactwo informacji i aktualność (dużo większe niż na tradycyjnych mapach), wreszcie fascynujące bogactwo warstw i pewną otwartość na rozbudowę przez użytkowników. Warto tu wspomnieć również słowo o przydatnych w sytuacjach kryzysowych usługach – serwisie edukacyjno-pomocowym Google Crisis Response oraz uruchomionym podczas katastrofy w Japonii w marcu 2011 roku programie Google Person Finder56. Na zakończenie trzeba po prostu dodać, że mimo wszelkich zastrzeżeń są to wciąż globalnie najlepsze produkty kartograficzne w Sieci, mimo trwających prób przełamania monopolu i otwartych projektów mapowania, takich jak Open Street Map czy Wikimapia57. Trzeba jednak zauważyć, że potencjał wikimap rośnie lawinowo i w niektórych rejonach prawdziwie oddolne i otwarte projekty mogą już z produktami Google konkurować, również pod względem dokładniejszego opisu świata58.

Model kognitywny

Należy jednak zwrócić uwagę na to, że to produkty kartograficzne Google stały się dziś niemal niezastąpione i niezbędne w normalnej praktyce kulturowej i to one wyznaczają ramy współczesnego modelu kognitywnego. Trudno byłoby je wyprzeć z codzienności, zarówno w sensie wyszukiwania informacji, jak i znajdowania drogi czy wreszcie z procesu edukacyjnego. Google Maps i Google Earth współtworzą dziś model poznawczy, zgodnie z którym współczesny człowiek organizuje wiedzę o świecie – o przestrzeni geograficznej i politycznej. Można mówić zatem o nowej epoce geografii czy neogeografii.

Wszystko to każe nam wrócić do prostego pytania: czym jest Google? Czy jest repozytorium dla wszystkich naszych wzajemnych zastrzeżeń, czy też jest wyższą siłą, do której apelujemy? Nie może być jednym i drugim zarazem, a jednak wydaje się, że tak właśnie ją [firmę] traktujemy. To napięcie może tylko narastać. «W świecie, w którym tworzenie map jest tanie i każdy może to robić […] oczekuje się, że wszystko stanie się coraz bardziej lokalne». W takiej przyszłości albo się pogodzimy z brakiem centralnego arbitra, albo konflikty ogarną całą mapę.59

Wydaje się, że jedynym pozytywnym rozwiązaniem byłoby porzucenie modelu korporacyjnego na rzecz otwartego, wolnościowego, wikinomicznego. Można też z innej perspektywy stwierdzić, że pełna ideologiczna subiektywność mapy i jej nieograniczona pojemność to po prostu nowe jej cechy, paradoksy wynikające z istnienia mapy większej niż cesarstwo60. Zupełnie nowym elementem mapy jest dziś to, że włącza ona użytkownika w proces twórczy, interpretacyjno-semiotyczny na dwu poziomach – odbiorczym i nadawczym. W dużej mierze to użytkownik oznacza elementy mapy, to on je opisuje i udostępnia innym do oceny, on też interpretuje dany kształt mapy (dany przez Google i dany przez społeczność). Odpowiada to nowemu modelowi uczestnika w kulturze partycypacji, nowemu pokoleniu – generacji Sieci, opisanej przez Dona Tapscotta61.

Może jednak powinniśmy zapytać za Nicholasem Carrem: czy Google nas ogłupia62. Wprawdzie autor pisał te słowa, myśląc przede wszystkim o efekcie, jaki wywołuje w naszych umysłach nieustanny dostęp do wyszukiwarki informacji w Sieci (ale nie map), która w sposób natychmiastowy podaje zestaw gotowych odpowiedzi na każde niemal zapytanie. Czy Google nas ogłupia? To możliwe, Carr wydaje się zresztą nie mieć co do tego wątpliwości – skoro wszystko znajdujemy bez wysiłku w Sieci – nie musimy nic wiedzieć, nie musimy nic pamiętać. Powstaje też nowy model uczenia się – nie polegający na zapamiętywaniu danych, ale ścieżki dostępu do danych63. To model, który w pewnym sensie w stosunku do przestrzeni odpowiada metodom mnemonicznym i tradycyjnej orientacji, o czym pisałam obszernie w innym miejscu64. Warto jednak zwrócić tu uwagę, że również Google Maps i Google Earth wyznaczają współczesny model poznawczy w stopniu niedocenianym. Nie tylko zmieniają nasze myślenie o przestrzeni i jej rozumienie, ale dają też poczucie, że jesteśmy zawsze bezpieczni, nie możemy się zgubić, zawsze możemy skonsultować się z ulubioną aplikacją Google, która powie nam prawdę. Zawsze możemy poprosić Wielkiego Brata o pomoc – już sam ten fakt sprawia, że można zgodzić się z Carrem – przestajemy być samodzielni, samowystarczalni i samowolni. Wprawdzie możemy czuć się w pewnej mierze współtwórcami tego systemu, warto jednak zastanowić się, czy nawet wtedy nie jesteśmy jedynie bricoleurami łączącymi gotowe elementy.

Zmienia się zatem także nasza pamięć przestrzeni, nasze rozumienie zjawisk geopolitycznych, wreszcie przestajemy pamiętać w ogóle, podobnie jak wtedy, gdy korzystając z GPS, jedziemy po nieznanym mieście – nie jesteśmy w stanie później wrócić tą samą drogą. Mapa staje się naszą pamięcią peryferyczną (albo właśnie technologiczną „pamięcią transakcyjną”), podobnie jak GPS czy Internet i zasoby serwerów Google. Czy powinno nas to martwić? Google twierdzi, że „mapy są przydatne i sprawiają frajdę”. Tłumacząc swoje błędy i niezbyt uważne traktowanie granicy Kostaryki i Nikaragui, przedstawiciel Google zdradza jeszcze jedną cechę agnostycznego kartografa: „Jak wiemy, kartografia jest skomplikowanym przedsięwzięciem, a granice ciągle się zmieniają”65. Kartograf zdaje się nie wierzyć już w mapę, którą tworzy. Mimo różnic pomiędzy mapami papierowymi i cyfrowymi, trafny wydaje się tu komentarz Umberto Eco – Google jest przecież imperium, które podjęło prawdziwą walkę o stworzenie mapy w skali 1:1. Na razie imperium zdominowało świat, jednak wciąż oficjalnie walczy o doskonałość reprezentacji, mimo braku wiary w możliwość powodzenia misji.

Stąd płyną dwa wnioski:

1. Każda mapa w skali 1:1 odwzorowuje zawsze niewiernie teren.

2. W momencie sporządzenie mapy samo cesarstwo staje się nieodwzorowywalne […]

Wniosek trzeci: każda mapa cesarstwa w skali 1:1 sankcjonuje koniec cesarstwa jako takiego, jest więc mapą terytorium nie będącego cesarstwem.66

Na koniec imperium Google na pewno nie jesteśmy przygotowani. Zresztą, wyraźnie do tego momentu jeszcze daleko.

Przypisy:

1 Por. doniesienia medialne na ten temat: John D. Sutter: Google Maps ‚loses’ major Florida city. „CNN” [CNN Tech, Online], 22 September 2010. URL: <http://articles.cnn.com/2010-09-22/tech/google.lost.sunrise.florida_1_google-maps-street-view-sunrise-case?_s=PM:TECH>; Matt McGee: Sunrise, Florida, Reemerges From Google Maps’ Bermuda Triangle. „Search Engine Land” [blog] 22 September 2010, URL: <http://searchengineland.com/sunrise-florida-reemerges-from-google-maps-bermuda-triangle-51415>; Alex Eichler: Google Maps Loses Florida Town, Again. „AOL News”, 28 September 2010. „AOL News”, URL: <http://www.aolnews.com/2010/09/28/google-maps-loses-florida-town-again/>; Frances Perraudin: Google Maps ‚Loses’ Florida City. „TIME” / News Feed. 23 September 2010. URL: <http://newsfeed.time.com/2010/09/23/google-maps-loses-florida-city/> [pozyskano 21 września 2011].

2 Najciekawsze przykłady: Por. Google Earth. In: Wikipedia. URL: <http://en.wikipedia.org/wiki/Google_Earth> Data Error Compendium. In: Google Earth Blog. URL: <http://www.gearthblog.com/blog/archives/2007/01/google_earth_data_er.html> oraz Google Earth Community Data Problem Compendium. URL: <http://bbs.keyhole.com/ubb/showthreaded.php/Cat/0/Number/330340>.

3 Por. informacje prasowe na ten temat: Josh Halliday: Google Nicaraguan map error threatens to escalate into regional dispute. „Guardian”, 15 November 2010. URL: <http://www.guardian.co.uk/technology/2010/nov/15/google-map-dispute-nicaragua>; Mark Brown: Nicaraguan Invasion? Blame Google Maps. „Wired”, 8 November 2010. URL: <http://www.wired.com/dangerroom/2010/11/google-maps-error-blamed-for-nicaraguan-invasion/>; Megan Friedman: 21st Century War: Google Maps Error Leads to Nicaraguan Invasion. „TIME” / News Feed, 5 November 2010. URL: <http://newsfeed.time.com/2010/11/05/21st-century-war-google-maps-error-leads-to-nicaraguan-invasion/> [pozyskano 21 września 2011].

4 Przeglądarka map Google Maps [GM] i aplikacja atlasu elektronicznego 3D Google Earth [GE] będą tu opisywane w dużej mierze wspólnie ze względu na podobne problemy związane z błędami, ze strategiami reprezentacyjnymi oraz tożsamością dystrybutora obydwu produktów i wspólną społecznością użytkowników.

5 Por. doniesienia sieciowe na ten temat: o zniknięciu La Jolla, CA – Andrew Shotland: La Jolla Takes a Hit from Google Maps. [in:] Local SEO Guide. Local Search Engine Optimization & Enterprise SEO Made Simple. URL: <http://www.localseoguide.com/la-jolla-takes-a-hit-from-google-maps/>; o szczegółach zniknięcia Rogers, MN – Mike: Google Maps: What Happens when you Loose a Town? [in:] Understanding Google Maps & Local Search – Developing Knowledge about Local Search [blog]. 17 March 2010. URL: <http://blumenthals.com/blog/2010/03/17/google-maps-what-happens-when-you-loose-a-town/>; o zniknięciu Rogers i Wickliffe, OH – Barry Schwartz: Google Maps Loses Rogers, MN & Wickliffe, OH On The Map [in:] Search Engine Roundtable. 29 March 2010. URL: <http://www.seroundtable.com/archives/021942.html>; oraz zgłoszenia użytkowników o błędach dotyczących Woodstock i Imperial Beach: Google Maps Help Forum: URL: <http://www.google.com/support/forum/p/maps/thread?tid=022ec386e7165c71&hl=en> oraz <http://www.google.com/support/forum/p/Google+Mobile/thread?tid=6d7dcdeb7d96c264&hl=en> [pozyskano 21 września 2011].

6 Perraudin, op. cit.

7 Por. Sarah Kessler: South Sudan, Welcome to Google Maps [in:] Mashable [blog]. 22 September 2011. URL: <http://mashable.com/2011/09/22/south-sudan-google-maps/> [pozyskano 22 września 2011].

8 Por. M. Derda-Nowakowski: Interfejsy wiedzy i pamięci. Uwagi o designie. W: Kody McLuhana. Topografia nowych mediów. Red. A. Maj, M. Derda-Nowakowski, z udziałem Derricka de Kerckhove’a. Katowice 2009, s. 289-290.

9 Por. np. J. Battelle: Szukaj. Jak Google i konkurencja wywołali biznesową i kulturową rewolucję. Przeł. M. Baranowski. Warszawa 2006; oraz: L. Reppesgard: Imperium Google. Przeł. P. Sadurska. Warszawa 2009.

10 Dobrym przykładem tej tendencji w refleksji humanistycznej jest np. wystąpienie: J. Farman: Mapping the Digital Empire: Google Earth and the Process of Postmodern Cartography. „New Media & Society”, September 2010, vol. 12, no. 6, p. 869-888.

11 Pokrótce uczyniłam to w kontkeście analizy mediów i zmian współczesnych podróży kilka lat temu – u zarania Google Maps i Google Earth, w monografii Media w podróży. Katowice 2008 [2010], s. 152-159.

12 Por. szczegółowe rozważania nad znaczeniem tych trzech terminów w tekście o sieciowym wymiarze konfliktu w Kosowie. Ł. Szurmiński: Wojna w internecie – jej formy i przebieg na przykładzie konfliktu zbrojnego w Kosowie. W: Re:Internet – społeczne aspekty medium. Polskie konteksty i interpretacje. Red. Ł. Jonak at al. Warszawa 2006, s. 261-277.

13 T. Harding: Terrorists ‘Use Google Maps to Hit UK Troops’. „The Daily Telegraph”. 13 January 2007. URL: <http://www.telegraph.co.uk/news/main.jhtml?xml=/news/2007/01/13/wgoogle13.xml>; C. Chassay, B. Johnson: Google Earth Used to Target Israel. „The Guardian”. 25 October 2007. URL: <http://www.guardian.co.uk/technology/2007/oct/25/google.israel> [dostęp: 27.10.2007].

14 Można to porównać z metamorfozą pojęcia prawdy, której dochodzi w medium telewizji, analizowanej przez Neila Postmana w roku 1984. „Prawda” zostaje tu zdaniem Postmana zastąpiona „wiarygodnym wyglądem”, „wiarygodność” staje się najważniejsza i ruguje „rzeczywistość”. Por. N. Postman: Zabawić się na śmierć. Dyskurs publiczny w epoce show-businessu. Przeł. L. Niedzielski. Warszawa 2002, s. 149.

15 Por. M. Derda-Nowakowski: Komunikacja społeczna w Internecie. Problemy badawcze. W: Oblicza komunikacji 1: Perspektywy badań nad tekstem, dyskursem i komunikacją. T II. Red. I. Kamińska-Szmaj, T. Piekot, M. Zaśko-Zielińska. Seria: Język a komunikacja 12. Wyd. Krakowskie Towarzystwo Tertium, Kraków 2006, s. 624-636; oraz Idem: Mitologie cyberprzestrzeni [maszynopis, rozprawa doktorska], Uniwersytet Śląski 2004.

16 D. Czubala: Wokół legendy miejskiej. Bielsko-Biała 2005.

17 W. Kuligowski: Antropologia współczesności. Wiele światów, jedno miejsce. Kraków 2007, s. 147-176.

18 Postman, op. cit., s. 35.; G. Lakoff, M. Johnson: Metafory w naszym życiu. Przeł. T. Krzeszowski. PIW, Warszawa 1988, s. 220.

19 Nie należy tu widzieć niekonsekwencji, a raczej konieczność tworzenia koherentnego obrazu rzeczywistości, który jest niezbędny dla zdrowia psychicznego jednostki. Jest to pewnego rodzaju uproszczenie czy automatyzm pozwalający przetrwać. Trudno jednocześnie zachowywać przecież poczucie rzeczywistości i pełną świadomość fikcjonalności znaków, które w tej rzeczywistości funkcjonują (inaczej: mapa Google jako reprezentacja wysokiego rzędu odnosi się na tyle wiarygodnie do rzeczywistości, że użytkownik postrzega ją jako prawdziwą, czyli wierną rzeczywistości).

21 Google Earth Community. URL: <http://bbs.keyhole.com/ubb/index.php> [dostęp: 22.12.2011], Google Earth Outreach: URL: <http://earth.google.com/outreach/community.html> [dostęp: 22.12.2011].

22 Jenkins nie pisze oczywiście o netlorze czy folklorze nowego typu, jednak jego uwagi i przykłady twórczości fanowskiej, jakie podaje, wydają się potwierdzać zaproponowany tu tok myślenia. H. Jenkins: Kultura konwergencji. Zderzenie starych i nowych mediów. Przeł. M. Bernatowicz, M. Filiciak. Warszawa 2007.

23 Można bowiem tagowanie i tworzenie mashupów traktować jako nowy rodzaj narracji, zwłaszcza że często określone trasy są nagrywane w formie podróży (wycieczki), a zatem tworzą pewien porządek symboliczny (odgrywany nie w czasie konkretnym, a raczej mitycznym czy wręcz wyimaginowanym), który jest jedną z form digital storytelling.

24 Można spierać się, czy w rzeczywistości nie chodzi tu wręcz o uzależnienie użytkowników od określonego dostarczyciela, czyli Google, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę skalę jego działań w innych sferach usług sieciowych.

25 Więcej piszę na ten temat w monografii Media w podróży, op. cit., s. 154.

26 Można tu dodać, że widok ten odsyła nas w równej mierze do dokonań Kopernika, jak i do filmów science-fiction czy pierwszych zdjęć Ziemi z orbity lub z Księżyca.

27 Manovich definiuje tę operację następująco: „[…] teleobecność można traktować jako przykład technologii reprezentacji wykorzystywanych do uaktywnienia działania, to znaczy do umożliwienia widzowi manipulowania rzeczywistością przez reprezentacje”. L. Manovich: Język nowych mediów. Przeł. P. Cypryański. Warszawa 2006, s. 264. Warto jednak dodać, że dalej Manovich zawęża termin do „obecności” i działania w zdalnym miejscu. W tym sensie tylko niektóre przypadki użycia mapy można uznać za teleobecność właściwą (planowanie podróży, akcji terrorystycznych i kradzieży), a manipulowanie kulą ziemską nią nie jest. Natomiast w perspektywie kognitywnej również działania wykraczające poza takie wąskie rozumienie terminu mogą być postrzegane jako zdalne działanie symboliczne dokonywane za pośrednictwem reprezentacji – teleobecność w sensie szerokim.

28 D. de Kerckhove: Myśleć przez Ziemię. O sztuce Phillipe’a Boissonneta. W: Kody McLuhana…, op. cit., s. 74.

29 Por. mapa dostępności usługi Street View: Google Mapy Polska. Gdzie jest Street View? URL: <http://maps.google.pl/intl/pl/help/maps/streetview/learn/where-is-street-view.html> [dostęp 22.12.2011]. W grudniu 2011 mapa wskazuje powszechną dostępność usługi w USA, Kanadzie i Meksyku, Europie (tylko Zachodniej i Północnej oraz w Czechach i Rumunii), RPA, Australii, Japonii, Hongkongu, Tajwanie, Singapurze i Brazylii oraz w wybranych miastach Rosji (tylko Moskwa i Sankt Petersburg) i Iraku (tylko Bagdad).

30 Oczywiście lista ta nie koresponduje w 100% z mapą obrazów Street View, jednak trzeba zauważyć, że rozszerzona jest ona w niewielkim stopniu, m.in. o część państw Unii Europejskiej, takich jak Polska (w której jak dotąd w związku z problemami prawnymi Street View nie jest dostępne, choć zdjęcia samochodem Google zostały wykonane już podobno w Warszawie i Krakowie. Por. Google Street View w Polsce OK [doniesienia PAP]. 21.06.2011. „Gazeta Wyborcza” [online]. URL: <http://wyborcza.pl/1,75478,9820775,Google_Street_View_w_Polsce_OK.html> [dostęp: 22.12.2011].

31 Interesujące uwagi na temat polityki firmy i zgodności z hasłem czyni John Battelle w swej analizie działań biznesowych i kulturotwórczych Google. Battelle, op. cit., passim.

32 Google Transparency Report: Government Requests. URL: <http://www.google.com/transparencyreport/governmentrequests/> [dostęp: 22.12.2011]. Por. też informację prasową na ten temat: Charles Arthur: Google releases tool to show government censorship requests. Publ. 20.04.2010. „The Guardian”. [Technology]. URL: <http://www.guardian.co.uk/technology/2010/apr/20/google-google-street-view> [dostęp: 20.12.2011].

33 W tej grupie trzeba wymienić kraje, które w wykazie Google przekraczają pułap tysiąca użytkowników, których dane interesowały władze: Brazylia, Francja, Niemcy, Indie, Włochy, Wielka Brytania i USA (chodzi o nakazy sądowe, żądania policji i innych służb, by ujawnić dane internautów). Brazylia, Niemcy, Norwegia, Korea Południowa i USA dominują również pod względem ilości nakazów cenzury określonych treści (każdy z wymienionych krajów żądał usunięcia ponad 500 obiektów). Na obydwu listach brak oczywiście danych z Chin.

34 W wykazie Google na liście krajów o ograniczonym dostępie do usług Google mieszczą się: Autonomia Palestyńska, Egipt, Birma, Libia, Uzbekistan, Syria, Armenia, Gruzja, Turcja, Iran, Sudan, Pakistan, Kazachstan, Maroko, Chiny, Bangladesz.

35 Google Transparency Report: Traffic. URL: <http://www.google.com/transparencyreport/traffic/> [dostęp: 22.12.2011]. Por. też notatkę agencji prasowej Frontu Polisario na temat domniemanych zarzutów wobec GE i GM: Censorship of the internet in the Morocco [brak autora], opublikowano: 21.08.2011. W serwisie: Sahara Press Service. URL: <http://www.spsrasd.info/en/content/censorship-internet-morocco> [dostęp: 22.12.2011].

36 R. Deshpande: Google Earth agrees to blur pix of key Indian sites. „The Times of India” [India], online, 4 February 2007. URL: <http://articles.timesofindia.indiatimes.com/2007-02-04/india/27872874_1_google-earth-images-concern-that-unrestricted-pictures> [dostęp: 20.04.2007].

37 Ibidem.

38 Kalam Concerned Over Google Earth. [Techtree News Staff], 19 October 2005. Artykuł w serwisie: TechTree. URL: <http://www.techtree.com/techtree/jsp/article.jsp?article_id=68712&cat_id=582> [dostęp: 20.04.2007].

39 Google Earth Poses Security Threat to India, ISRO Chief seeks Dialogue. [Administrator] 10 July 2006 [Internet News]. Artykuł w serwisie Techshout. URL: <http://www.techshout.com/internet/2006/10/google-earth-poses-security-threat-to-india-isro-chief-seeks-dialogue/#> [dostęp: 20.04.2007].

40 Por. lista zmodyfikowanych obrazów satelitarnych w Google Maps i Google Earth, dostępna w Wikipedii. Satellite map images with missing or unclear data [hasło]. Wikipedia. URL: <http://en.wikipedia.org/wiki/Satellite_map_images_with_missing_or_unclear_data> [dostęp: 20.04.2007]. Lista ta jest uzupełniana, niektóre z obiektów są też z czasem ujawniane, jednak metody cenzury zasadniczo się nie zmieniają od samego początku serwisów kartograficznych Google.

41Google Earth images compromise secret installations in S. Korea [brak autora]. Special to World Tribune.com, EAST-ASIA-INTEL.COM. „The World Tribune”, 6 September 2005. URL: <http://www.worldtribune.com/worldtribune/05/front2453620.076388889.html> [dostęp: 15.03.2006, aktualnie artykuł nie jest dostępny, również w archiwum serwisu; kopia online w The Hight Road Forum: URL: <http://www.thehighroad.org/archive/index.php/t-154986.html>, dostęp: 22.12.2011]. Usunięty z „The World Tribune” artykuł opisywał negocjacje rządu USA i Korei Południowej z Google na temat usunięcia amerykańskich baz wojskowych Jongsan Garrison w Seulu i Camp Casey (na północ od Seulu) z Google Earth we wrześniu 2005 roku. Dwa lata później doniesienia wskazywały jeszcze inne bazy wojskowe na południe od Seulu (baza lotnicza w Suwon, m.in. z pociskami Patriot i baza lotnicza USA w Osan) , a także system artylerii obronnej w Seulu – ich obrazy w wysokiej rozdzielczości dostępne były w Google Earth. Google Earth spies on key bases, facilities in S. Korea [brak autora]. Special to World Tribune.com. EAST-ASIA-INTEL.COM. „The World Tribune”, 14 February 2007. URL: <http://www.worldtribune.com/worldtribune/07/front2454146.050694444.html> [dostęp: 22.12.2011].

42 Google Earth mapping service draws complaint from Seoul [brak autora]. 1 September 2005. „The New York Times” [Technology]. URL: <http://www.nytimes.com/2005/08/31/technology/31iht-google.html> [dostęp: 22.12.2011].

43 Satellite map images with missing or unclear data [hasło]. Wikipedia. URL: <http://en.wikipedia.org/wiki/Satellite_map_images_with_missing_or_unclear_data> [dostęp: 20.04.2007]. Wszystkie poniższe przykłady pochodzą z tego źródła [można tu znaleźć opis błędu i link]. Wszystkie zostały poddane uważnej analizie, wybrano najbardziej specyficzne i spektakularne.

44 Wielu przykładów dostarczają również doniesienia prasowe. Por. np. M. Asher: Google’s photos of Sydney go all fuzzy. „The Sydney Morning Herald”. 13 August 2007. URL: <http://www.smh.com.au/news/web/aerial-images-of-cbd-fuzzed-out-before-apec/2007/08/13/1186857396182.html?page=fullpage#contentSwap1>; K. Barlow: Google Earth Prompts Security Fears. „ABC News Online”. 8 August 2005. URL: <http://www.abc.net.au/science/news/stories/s1432823.htm> R. Deshpande: Google Earth Agrees to Blur Pix of Key Indian Sites. „The Times of India”. 4 February 2007. URL: <http://timesofindia.indiatimes.com/Google_Earth_agrees_to_blur_pix_of_key_Indian_sites/articleshow/1559236.cms>; J. Johnson: Google’s View of D.C. Melds New and Sharp, Old and Fuzzy. „The Washington Post”. 21 July 2007. URL: <http://www.washingtonpost.com/wp-dyn/content/article/2007/07/21/AR2007072101296.html> [dostęp: 15.08.2008].

45 O czysto biznesowych powiązaniach Google z CIA pisze m.in. Lars Reppesgaard. Autor przytacza wywiad z Hansem Kristensenem z Federation of American Scientists w Waszyngtonie, który stwierdza, że „program nie pokazuje niczego, czego nie wiedzą tajne służby”. L. Reppesgaard: op. cit., s. 138-139.

46 Resistance is Our Strategy — reż. C. Chassay. [Seria wideo] „The Guardian”: Inside Gaza. 25 October 2007. URL: <http://www.guardian.co.uk/news/video/2007/oct/25/inside> [dostęp: 20.04.2008]. Podobnie w 2010 roku Reuters zauważył, że angielskie gangi złodziei ołowianych kościelnych dachów korzystają z usług Google (jednak uwaga ta była już formułowana w bardziej wyważonym tonie). Por. A. Ormsby: Lead thieves use Google Earth to target churches. „Reuters”, 2 December 2010. URL: <http://www.reuters.com/article/2010/12/02/us-britain-church-lead-idUSTRE6B155C20101202> [dostęp: 22.12.2011].

47 Por. N. Deleon: Google Earth partially blamed for Mumbai terrorist attacks. Artykuł w serwisie: TechCrunch. 9.12.2008. URL: <http://techcrunch.com/2008/12/09/google-earth-partially-blamed-for-mumbai-terrorist-attacks/> [dostęp: 10.12.2008].

48 Por. Serwis Bhuvan. URL: <http://bhuvan.nrsc.gov.in/bhuvan_links.html> [dostęp: 05.10.2011]. Serwis udostępnia usługi wyszukiwania obrazów dwu i trójwymiarowych (serwis wciąż jest jednak w wersji beta, a obrazy 3D dotyczą jedynie wybranych miejsc).

49 J. Gravois: The Agnostic Cartographer. How Google’s open-ended maps are embroiling the company in some of the world’s touchiest geopolitical disputes. „Washington Monthly”, July/August 2010. URL: <http://www.washingtonmonthly.com/features/2010/1007.gravois.html> [dostęp: 05.10.2011].

50 S. Geens: Google Maps’ Arunachal Pradesh place names turn Chinese, Google admits error. 09 August 2009. Artykuł w serwisie: Ogle Earth [Unofficial Google Earth Blog]. URL: <http://ogleearth.com/2009/08/google-maps-arunachal-pradesh-place-names-turn-chinese-google-admits-error/> [dostęp: 22.12.2011]. Por. też: Idem: Arunachal Pradesh: Indian or Chinese in Google Earth? 04 November 2007. Artykuł w serwisie: Ogle Earth. URL: <http://ogleearth.com/2007/11/arunachal-pradesh-indian-or-chinese-in-google-earth/> [dostęp: 22.12.2011].

51 Ibidem.

52 Por. studium wpływu wyszukiwarki Google na zachowania związane z plagiaryzmem: H. Maurer, T. Balke, F. Kappe i in.: Report on dangers and opportunities posed by large search engines, particularly Google. Ed. H. Maurer. Graz University of Technology, Austria, 30 September 2007, ss. 16, 153, 161. URL: <http://www.google-watch.org/gpower.pdf> [dostęp: 15.07.2011].

53 Por. Gravois, op. cit.

54 Google Mapy Polska. Warunki korzystania z serwisu Google Mapy. URL: <http://www.google.pl/intl/pl/help/terms_maps.html> [dostęp: 20.11.2011].

55 Google Maps. Privacy. URL: <http://maps.google.com/intl/en_us/help/maps/streetview/privacy.html> [dostęp: 20.09.2011].

56 Google Crisis Response. URL: <http://www.google.org/crisisresponse/prepared.html> [dostęp: 20.09.2011]. Google Preson Finder: 2011 Japan Earthquake. URL: <http://japan.person-finder.appspot.com/?lang=en> [dostęp: 20.09.2011].

57 Open Street Map. URL: <http://www.openstreetmap.org/>. Wikimapia. URL: <http://wikimapia.org/>. Por. też interesującą rozmowę na temat rozwoju projektu OpenStreet Map: Uwolnić mapy! O projekcie Open Street Map (i nie tylko) rozmawiają Andrzej Zaborowski, Alek Tarkowski i Mirosław Filiciak. „Kultura Popularna” 2010, nr 3-4 (29-30), s. 38-46.

58 Można dziś zauważyć ten trend, zwłaszcza w obliczu wsparcia przez Microsoft projektu Open Street Map i wobec żądań finansowych, które pojaiwły się ze strony Google względem deweloperów. Por. N. Anderson: OpenStreetMap: Crowd-sourcing the world, a street at a time. June 2010. Artykuł w serwisie: Ars Technica. URL: <http://arstechnica.com/open-source/news/2010/06/crowd-sourced-world-map.ars> [dostęp: 22.12.2011].

59 Gravois, op. cit.

60 Por. klasyczny szkic o tradycyjnej wersji mapy. Umberto Eco: O tym, że nie da się sporządzić mapy cesarstwa w skali 1:1. W: Idem: Diariusz najmniejszy. Przeł. A. Szymanowski. Kraków 1995, s. 173-181.

61 D. Tapscott: Grown up Digital. How the Net Generation is Changing Your World. McGraw-Hill, New York 2009.

62 N. Carr: Is Google Making Us Stupid? “The Athlantic Monthly”, July-August 2008, [Online]. URL: <http://www.theatlantic.com/magazine/archive/2008/07/is-google-making-us-stupid/6868/>. [dostęp: 20.01.2010].

63 Tapscott, op.cit., por. też D. Weinberger: Everything is Miscellaneous. The Power of the New Digital Disorder. Henry Holt & Co., New York 2008. Potwierdza to zresztą obecną w neuropsychlogii od dawna hipotezę tak zwanej „pamięci transakcyjnej”. Por. Betsy Sparrow, Jenny Liu, Daniel M. Wegner: Google Effects on Memory: Cognitive Consequences of Having Information at Our Fingertips. “Science” 1207745. Published online 14 July 2011 [DOI:10.1126/science.1207745]. URL: <http://www.sciencemag.org/content/early/2011/07/13/science.1207745.full.pdf> [dostęp: 22.12.2011].

64 Por. Media w podróży…, op. cit., s. 182-186.

65 Wypowiedź Charliego Hale’a, analityka geopolityki Google. W: Regarding the boundary between Costa Rica and Nicaragua, 5 November 2010. W: Google Lat Long Blog. News and Notes by the Google Earth and Maps team. URL: <http://google-latlong.blogspot.com/2010/11/regarding-boundary-between-costa-rica.html> [dostęp: 19.09.2011].

66 Eco, op. cit., s. 180.

Edukacja medialna

Rudnicka Patrycja: Moodle i co dalej? Psychologiczne właściwości internetowych środowisk edukacyjnych. W: Com.unikowanie w zmieniającym się społeczeństwie. Red. M. Niezgoda, M. Świątkiewicz-Mośny, A. Wagner. Wyd. Nomos, Kraków 2010, s. 347-356.

Długosz Piotr: Młodzież pogranicza w cyfrowej rzeczywistości. W: Com.unikowanie w zmieniającym się społeczeństwie. Red. M. Niezgoda, M. Świątkiewicz-Mośny, A. Wagner. Wyd. Nomos, Kraków 2010, s. 327-337.

Wątroba Mirosław: Wpływ mediów na dziecko. Prawne i społeczne mechanizmy ochrony. W: Com.unikowanie w zmieniającym się społeczeństwie. Red. M. Niezgoda, M. Świątkiewicz-Mośny, A. Wagner. Wyd. Nomos, Kraków 2010, s. 356-366.

Siuda Piotr: Cyberreligia – powstanie religijnych społeczności wirtualnych. W: Com.unikowanie w zmieniającym się społeczeństwie. Red. M. Niezgoda, M. Świątkiewicz-Mośny, A. Wagner. Wyd. Nomos, Kraków 2010, s. 284-293.

Koszembar-Wiklik Małgorzata: Advertainment i marketing wirusowy – nowe formy komunikacji z odbiorcą. W: Com.unikowanie w zmieniającym się społeczeństwie. Red. M. Niezgoda, M. Świątkiewicz-Mośny, A. Wagner. Wyd. Nomos, Kraków 2010, s. 317-326.

E-enjoy ICT Quality Book. Towards European Standards. Ed. Z. Nawrat. M-Studio, Zabrze 2010.

Folkerts Jef: Playing Games as an Art Experience: How Videogames Produce Meaning through Narrative and Play. In: Emerging Practices in Cyberculture and Social Networking. Ed. D. Riha, A. Maj, Rodopi, Amsterdam-New York 2010, p. 99-117.

Riha Daniel: The 3D Virtual Library as a Value-Added Library Service. In: Emerging Practices in Cyberculture and Social Networking. Ed. D. Riha, A. Maj, Rodopi, Amsterdam-New York 2010, p. 119-134.

Thomas Theodoros: Learning New Literacies through Machinima. In: Emerging Practices in Cyberculture and Social
Networking. Ed. D. Riha, A. Maj, Rodopi, Amsterdam-New York 2010, p. 135-147.

Sztumski Wiesław: Ku społeczeństwu niewiedzy i dezinformacji. „Transformacje”. 2007-2008, nr 51-57, s. 135-148.

Kryszczuk Maciej D.: Podział cyfrowy – nowy wymiar zróżnicowania społecznego? „Transformacje”. 2007-2008, nr 51-57, s. 160-180.

Maj Anna: Transformacje wiedzy. Idee wiki, commons i social bookmarking oraz ich wpływ na redefinicję pojęcia. „Transformacje”. 2007-2008, nr 51-57, s. 181-198.

Limanówka Agata: Internet i gry komputerowe – pozytywny i negatywny wpływ gier na ich użytkowników. Realizacja potrzeb graczy poprzez uczestnictwo w grach. „Transformacje”. 2007-2008, nr 51-57, s. 216-239.

Keitai — marginalia jako sens komunikacji

Tekst ukazał się w „Kulturze Współczesnej” 2008, nr 4 (58), s. 117-127 (ukazał się 2009).

Próbując zwrócić się ku marginaliom charakterystycznym dla współczesnej komunikacji zapośredniczonej medialnie, nie sposób pominąć zjawiska, które określa się mianem keitai denwa, co po japońsku oznacza ‘kulturę telefonu komórkowego’. Termin keitai znaczy dokładnie ‘przedmiot przenośny, trzymany i przenoszony w ręce’, potocznie — to komórka, ale też inne poręczne gadżety high-tech [1]. Japończycy tłumacząc ten złożony termin na angielski, używają trzech terminów: personal, portable, pedestrian [2]. Podkreślają tym samym zarazem aspekt indywidualizacji, poręczności i mobilności nowych technologii. W języku polskim brak odpowiednika, najbliższe keitai jest chyba niemieckie handy.

Zastanawiać się można, dlaczego dla antropologa i medioznawcy interesujące wydaje się japońskie znaczenie komórki. Termin keitai ukazuje ważny aspekt medium — telefon komórkowy jest zarazem przedmiotem centralnym i marginalnym. Mowa tu zarówno o aspekcie materialnym, funkcjonalnym, jak i sensotwórczym. Keitai nosi się w ręce, a zatem na marginesie ciała. Stanowi on przedłużenie naszych zdolności komunikacyjnych, jest w tym sensie bezpośrednią ekstensją ręki i aparatu percepcyjnego (nie tylko ucha, ale też oka i skóry) [3]. Jest jednocześnie przedłużeniem naszych zdolności chwytnych (trzymany w dłoni odnosi nas do ewolucyjnego sukcesu naszych praprzodków, jaki stanowił przeciwstawny kciuk). Jest to aspekt istotny, zwłaszcza, że wymienne określenie, którym opisuje się kulturę keitai to thumb culture, czyli ‘kultura kciuka’. Czy jednak rozwój umiejętności kciuków stanowi kolejny krok w ewolucji, jak zdają się sugerować niektórzy badacze sponsorowani przez T-Mobile [4]? Można w to wątpić.

Ważniejsze w omawianym kontekście wydaje się, że keitai jest marginalny i centralny także w sensie komunikacyjnym. Nie tylko bowiem stanowi urządzenie wejścia-wyjścia informacji ze środowiska zewnętrzenego (przyjmując formy mniej lub bardziej zintegrowane z ciałem ludzkim), ale też często służy jako repozytorium obrazów, dźwięków, wreszcie jako rodzaj pamięci peryferycznej (w sensie fizycznym, mentalnym i metaforycznym). Keitai stanowi technologiczną przystawkę do współczesnego człowieka — czasem można odnieść wrażenie, że funkcje te wręcz się odwracają. To człowiek jest dodatkiem do telefonu.

Marginalność dotyczy jednak nie tylko rozmiarów urządzenia i jego mobilności. Jest także pochodną narracji, które z powodzeniem mogłyby stać się materiałem analiz mikrologicznych, w sensie zaproponowanym przez Aleksandra Nawareckiego. Zauważa on zresztą, że „nie można sobie wyobrazić mikrologii bez udziału techniki, bo przecież z technicznej inspiracji bierze się jej geneza i dzisiejsze sukcesy” [5]. W tym kontekście wspomina włoską nazwę telefonu komórkowego, telefonino, wskazującą na miniaturyzację i mobilność, w których upartuje on atrakcyjności wynalazku. Fakt, że można mówić wręcz o „kulturze telefonu komórkowego” wskazuje, że miniatura, mikronarracje i marginalia niepostrzeżenie, lecz w sposób nieodwracalny wtargnęły — czy może raczej jak przystało na formy niewielkie, wątłe i mikroskopijne — wślizgnęły się, czy też wkradły we współczesną komunikację, rewolucjonizując porządek świata. Ta technologiczna przystawka, peryferyczna pamięć (repozytorium myśli, słów i obrazów marginalnych) sprawiła bowiem, że można mówić o zmianie mentalnej nie tylko poszczególnych użytkowników, ale całych generacji. W Japonii zwie się ich oyayubi zoku, czyli „plemię posługujące się kciukami”. Określenie to dotyczy przede wszystkim ludzi młodych, którzy sprawniej posługują się klawiaturą telefonu, niż tradycyjną typu QWERTY, i używają wiadomości tekstowych (SMS, ale też MMS) jako podstawowego zmediatyzowanego rodzaju ekspresji i preferowanego sposobu komunikacji z rówieśnikami [6]. Telefon jest podstawowym narzędziem komunikacyjnym, z którym się nie rozstają. Zmysł słuchu zostaje zastąpiony dotykiem i pamięcią motoryczną. Kciuk pamięta pismo. Kciuk staje się częścią ciała, której przeznaczeniem jest semioza, nieskończona wobec wszechobecności, natychmiastowości i interakcyjności komunikacji.

Można tu mówić o wytworzeniu się „mentalności SMS-a” czy trybie percepcji ograniczonej do 160 znaków [7]. Lektura i zrozumienie dłuższych fragmentów tekstu staje się problemem, koncentracja na tradycyjnych formach przekazu treści jest wysiłkiem ponad możliwości, a percepcja przybiera charakter ostatecznej dystrakcji, o jakiej Walter Benjamin, tworząc ten termin nie mógł nawet pomyśleć [8]. Kciuk służy nie tylko skrótowemu pisaniu, ale też fotografowaniu, filmowaniu, przeszukiwaniu Internetu i — przede wszystkim zabawie, uczestnictwie w grach przeznaczonych specjalnie na telefon komórkowy, w dużej mierze o charakterze zręcznościowym. Można tu mówić o treningu psychomotorycznym, rozwijającym koordynację ruchową, refleks, ale też wywołującym przyspieszenie percepcji [9]. „Plemię szybkich kciuków” rozwija zatem nowe strategie kulturowe, wprowadzając do obiegu dzięki nowej percpeji także specyficzne, marginalne mikronarracje, nowe formy lektury i dystrybucji informacji, takie jak keitai shosetsu („powieść komórkowa” odbierana we fragmentach po 160 znaków, pisana ciągiem, bez interpunkcji, głównie składająca się z dialogów, spacje oznaczają miejsca, w których bohaterowie myślą. Najbardziej znana to Koizora, czyli Niebo miłości, szkolny romans) [10].

Należy wspomnieć też o mikroblogach, które stanowią istotny rodzaj komunikacji, bazujący na podobnej percepcji odbiorców i wykorzystujący mikronarracje. Popularne serwisy mikroblogerskie takie jak Twitter czy Jaiku, proponują prostą interakcję za pomocą wiadomości SMS, która ma służyć stałemu przepływowi informacji o tym, co się robi i gdzie się jest w danej chwili [11]. Chodzi tu o komunikację ze znajomymi oraz blogowanie dla szerszej publiczności. Jedyne, co jest ważne, to komunikacja non stop. Niekończący się potok oczywistości, marginaliów, sentencji prostych formalnie i banalnych treściowo. Nie chodzi tu nawet o to, że stworzenie głębokich myśli nie jest możliwe, ale raczej o to, że nie jest promowane. Twitter i Jaiku proponują trzystopniową aktywność, zgodnie z modelem: załóż konto, wyszukaj znajomych, napisz gdzie jesteś i co robisz — i wyślij w świat. Mikronarracje o takiej ograniczonej treści mają zatem znaczenie marginalne, stają się glossami do codziennych czynności, wykonywanych przez wszystkich. Tym samym rutyna prostych czynności nabiera znaczenia, gdyż jest komunikowana. Margines tekstu (życia) zapełnia się komentarzem. Problemem staje się to, że z czasem glossy zastępują (a może jedynie zasłaniają) tekst. Coraz częściej na marginesie zamiast tekstu komentarza pojawia się jednak obrazek, zdjęcie (video), ukazujące bez słów marginalia życia „w objęciach” komórki. Potoki MMS-ów zamieniają się w moblogi, które symbolicznie zbliżają odległych ludzi.

W tym miejscu można by dodać kilka uwag na temat alienacji współczesnego człowieka lub dehumanizaji zachowań komunikacyjnych, jednak badania sposobów korzystania z MMS-ów dowodzą, że nawet japońskie społeczeństwo wciąż przedkłada komunikację z ludźmi nad komunikację z narzędziami [12]. Daisuke Okabe zauważa, że większość badanych woli pokazywać znajomym zdjęcia zrobione za pomocą telefonu komórkowego niż wysyłać im te same zdjęcia w formie maili czy MMS. Bezpośrednia interakcja z drugim człowiekiem nadal jest najważniejsza. Użycie kamery w telefonie komórkowym najczęściej wiąże się z nagrywaniem wydarzeń rodzinnych lub wypowiedzi przeznaczonych dla nieobecnych członków rodziny i przyjaciół. Social networking wynika zatem nie tyle z chęci kontaktu z technologią, ile z innymi ludźmi. Można dziś już mówić o globalnej wspólnocie, która powstaje dzięki mobile social networking, i — o ile element mobilności dotyczy przede wszystkim urządzeń — o tyle usieciowienie odnosi się do ludzi.

Na społeczny wymiar blogów zwracają uwagę liczni autorzy, m.in. Inka Koskela, Ilkka Arminen [13], badający charakterystykę moblogów, czyli blogów, które tworzy się przy użyciu keitai. Charakterystyczna dla moblogowania jest natychmiastowość, która umożliwia wysyłanie zapośredniczonych medialnie prywatnych spojrzeń w mgnieniu oka oraz — co istotne — dzielenie się doświadczeniami z innymi ludźmi [14]. Warto przy tym zauważyć, że blogi, w tym i moblogi mogą być nie tylko rodzajem zbioru marginaliów, śladów wyszukiwania, lektury i obserwacji — ale też stanowić uporządkowany i stematyzowany system archiwizujący informacje. Mark Brady twierdzi, że blogowanie ściśle powiązane jest z dzieleniem się wiedzą, doświadczeniem i opiniami [15]. Można tu mówić nie tylko — jak Brady — o dyskusji społecznej, ale wręcz o dobrowolnym audycie społecznym idei i wynalazków. Z punktu widzenia profesjonalisty blog służy bowiem testowaniu pewnych pomysłów i rozwiązań, co może mieć znaczenie marginalne, jak i fundamentalne dla danego projektu. Najważniejsza jest komunikacja — czyli zdobycie odbiorców, choćby przelotne.

Koskela i Arminen wyróżniają cztery typy moblogów ze względu na dwa podstawowe elementy: attractiveness — zdolność do przyciągnięcia odbiorców — i responsiveness — dialogiczność [16]. Pierwsza cecha oceniana jest w oparciu o statystyki odwiedzin (ilość odsłon, czyli wejść na daną stronę), druga związana jest ze statystykami komentarzy do postów (czyli liczbą odpowiedzi odbiorców na posty blogera). Taksonomia moblogów dokonana przez fińskich badaczy jest przykładem podejścia komunikacyjnego i etnograficznego. Cztery wyróżnione typy moblogów posiadają odmienne funkcje ze względu na rodzaj interakcji, jaki wyzwalają — są to: przechowywanie danych (store), dzielenie się (share), publikowanie (publish) i komunikowanie się (communicate) [17]. Jedynie ostatni typ jest w pełni dialogiczny i sprzyja wytworzeniu się społeczności.

Interesujące i zaskakujące zarazem, że fińscy badacze nie omawiają przypadków wykorzystania moblogów w podróży, jest to bowiem narzędzie komunikacyjne najbardziej odpowiednie sytuacji przemieszczania się. Można odnaleźć wiele takich przykładów zastosowania telefonii komórkowej. Warto wspomnieć tu o moblogu The Call of the Mountain Roda Babera, który jest szczególnie interesującą realizacją gatunkową, relacjonuje bowiem wyprawę na Mont Everest [18]. Autor przesyłał do serwisu blogerskiego zarówno krótkie notatki, jak i zdjęcia oraz nagrania dźwiękowe ukazujące proces zdobywania szczytu. Na uwagę zasługuje hasło reklamujące przekaz jako „najwyższy moblog świata” oraz idea tworzenia bloga w celu łamania barier komunikacyjnych przy użyciu telefonii komórkowej (blog jest sponsorowany przez Motorolę). Zastanawiająca jest motywacja himalaisty: „Zmierzam na szczyt Mont Everestu, aby dokonać rozmowy telefonicznej i przekazu tekstowego z najwyższego punktu świata.” Jest to przykład pełnego uzależnienia motywacji podróży od dostępnej technologii i możliwości przekazu. Charakterystyczne jest jednak, że przesyłane do serwisu informacje mają charakter szczątkowy, stanowią rodzaj mikrośladów, a nawet sprawiają wrażenie odpadów informacyjnych, znaków ze śmietnika himalaisty. Warto uświadomić sobie, że wiele milionów blogów dostępnych w Sieci, to blogi porzucone przez właścicieli, a zatem elektroniczne śmieci [19]. Aleksander Nawarecki w próbie opisu form mikrologicznych nie wyklucza odpadów i form incydentalnych z zakresu jej zainteresowania. Tym samym zarówno mikroblogi, jak i moblogi mogą stanowić przedmiot lektury mikrologa, badającego marginalia, drobiny i „rozproszenie rozdrobnionych informacji” [20].

Kolejnym istotnym zachowaniem związanym z keitai staje się geoblogowanie, czyli blog, w którym wykorzystuje się przestrzenne oznaczanie informacji za pomocą GPS. Warto wspomnieć w tym kontekście o BliinYourLive! — oprogramowaniu i serwisie typu social networking. Jak twierdzą autorzy, Selene i Stef Kolman, serwis służy po prostu do „bliinowania” [21]. Jest to połączenie mikroblogu i fotoblogu (docelowo także wideoblogu) z możliwością zapisu trasy wędrówki lub jazdy za pomocą odbiornika GPS. System umożliwia dzielenie się śladem zapisanym w GPS, fotografiami i wiadomościami. Sprzyja powstawaniu społeczności „bliinów” (hol. bliin), która wyszukuje się wirtualnie (oglądając wycieczki innych członków społeczności) i realnie (wzajemna identyfikacja w przestrzeni miejskiej). W tym sensie jest to pomysł rewolucyjny, inne typy blogów nie oferują bowiem bezpośredniego kontaktu z blogerami (choć niektóre serwisy mikroblogerskie pozwalają na sprawdzenie blogów pod kątem geograficznym, można zatem skontaktować się z ich autorami). Bliin pozwala natychmiast namierzyć znajdujących się w pobliżu członków społeczności, ukazując ich jako poruszające się punkty w przestrzeni wokół blogera. Bliinowanie, geoblogowanie czy geotagowanie stanowić może zatem formę natychmiastowego multimedialnego dziennika z terenu, zarówno o charakterze fotograficzno-artystycznym, dziennikarskim, pamiętnikarskim, jak i antropologicznym. Przekazywanie obrazów i tekstów nabiera tu charakteru nawyku, niemal podświadomej działalności komunikacyjnej, nie ingerującej w inne aktywności. Idąc przez miasto, machinalnie fotografujemy różne miejsca i przesyłamy zdjęcia do serwisu, upubliczniając prywatne spojrzenia lub zapisując je jedynie dla własnego użytku. Spojrzenia te mogą być traktowane jako znacząca narracja albo jako marginalne obserwacje otaczającego świata.

Należy zauważyć, że konwergencja mediów sprawia, iż keitai wciąż na nowo staje się przestrzenią uobecniania się kolejnych generacji marginaliów — obecnie popularne są teksty kultury, wywodzące się z idei video on demand, a zwane dziś telewizją mobilną. Wiele wskazuje jednak na to, że przyszłością mobilnej komunikacji jest otwarcie, pełny dostęp do informacji, podatność na wyszukiwanie i odszyfrowywanie sensów, łączące lokalność z globalną Siecią.

Warto wspomnieć w tym kontekście o zwiastujących to pełne usieciowienie projektach — denCity i Semapedii. Jak dotąd są to wprawdzie marginalne sposoby wykorzystania keitai, ale już niedługo mogą ewoluować w powszechne zastosowania medium. DenCity to projekt, którego zadaniem jest inkrustacja informacją realnej tkanki miasta. Docelowo ma prowadzić do konstrukcji paralelnej przestrzeni miejskiej, dostępnej w trybie online, ale w przestrzeni offline. Mieszkańcy sami tworzą kody QR (matrycową odmianę kodów kreskowych), które informują o mieście i jego poszczególnych punktach. Mogą to czynić, oznaczając kodem realną przestrzeń publiczną czy prywatną lub opisując przestrzeń rzeczywistą (miejską) znacznikami w przestrzeni wirtualnej. Tagi mogą mieć dwojaki charakter — mogą funkcjonować jako oznaczenia publiczne i komercyjne (np. godziny otwarcia muzeów lub sklepów) albo mieć charakter prywatny (służąc wąskim grupom znajomych). Dostrzec tu można tendencję do promowania społecznej działalności znakotwórczej. Jest to w opinii autorów forma poszerzonej urbanistyki (augmented urbanism), która łączy rzeczywistość offline z rzeczywistością online, tworząc „nowy rodzaj życia w mieście” [22].

[…] denCity.net bada możliwość wzbogacenia rzeczywistych punktów miejskich poprzez wirtualny wymiar informacji i usieciowienie, które jest osiągane przez lokalizację tego, co wirtualne. […] denCity.net tworzy wirtualne sieci rzeczywistych miejsc. […] Poprzez denCity.net możesz przeglądać sieć znaczników [web of tags]. Znacznik jest kluczem. Zawsze możesz wirtualnie wrócić do danego miejsca, jeśli je raz sfotografujesz. Jest to miasto w twojej kieszeni. […] Łącząc płynnie wirtualność i realność, każdy znacznik w denCity.net ma swoją fizyczną lokalizację. Mapa [denCity] może stanowić wsparcie, pozwalające na łatwe orientowanie się, zastępując nawet system nawigacyjny! Nie trzeba mieć GPS, RFID itp.: każdy znacznik ma swoje koordynaty, za pomocą których komórka określa pozycję [keitai knows its position]. […] denCity.net poszerza — a zatem wzbogaca — miasto. W przeciwieństwie do stron internetowych, znaczniki w denCity są polinkowane z miejscami, ale także z Internetem, iMode lub innymi znacznikami w denCity.net. [23]

Miasto postrzegane jest jako system znaków, aby jednak był on w pełni adekwatny do potrzeb współczesnego człowieka, musi łączyć wirtualność i przemieszczanie się w przestrzeni rzeczywistej. Internet staje się kolejnym wymiarem lokalnej geografii, który dostępny jest jedynie dzięki urządzeniom przenośnym, zwłaszcza telefonom komórkowym. Baza danych projektu denCity nie tylko uzupełnia wiedzę o mieście, ale też jest jego niewidoczną warstwą znaczeń, repozytorium znaków zakodowanych przez przechodniów i pozostawionych do użytku publicznego. Kody stanowią jednocześnie marginalne elementy umieszczane w pomieszczeniach, bądź na ulicy. Są ornamentem przestrzeni. Nie muszą być widoczne dla osób, które nie szukają takich znaczników. Dla wtajemniczonych poszukujących stanowią natomiast źródło istotnej wiedzy. Są rodzajem szyfru. Autorzy projektu zauważają, że Sieć — bardziej niż urbanistyczna tkanka miejska — odpowiada współczesnym potrzebom komunikowania społecznego.

Podobnie traktują przestrzeń semapedyści [24]. Celem Semapedii jest rozpropagowanie idei oznaczania budynków informacjami odnoszącymi się do Wikipedii, a zatem również w tym wypadku chodzi o aktywizację użytkowników w sferze działań o charakterze semiotycznym, oznaczanie rzeczywistej przestrzeni informacją wizualną w formie kodów QR DataMatrix oraz semakodów i łączenie przestrzeni wirtualnej z realną. Jednym z interesujących zastosowań takiego projektu ma być turystyka. W Semapedii działanie znakotwórcze jest opozycją do Wikipedii, w której opisy funkcjonujące w przestrzeni wirtualnej odnoszą się do świata realnego. W Semapedii na bazie reprezentacji świata w Sieci (haseł w Wikipedii) tworzy się oznaczniki w przestrzeni geograficznej (kody na budynkach). Mimo pozornie absurdalnej logiki, działania takie mogą okazać się przydatne, zwłaszcza dla osób słabo znających daną przestrzeń i szukających informacji przestrzennej.

Strony Wikipedii zostają zakodowane przy pomocy kodów QR, które umieszcza się w przestrzeni miasta. Semapedia rozwiązuje zatem problem turysty związny z poszukiwaniem informacji, a jednocześnie zaciekawia, nie pozwala na wahanie, oferuje informację bez ponoszenia kosztów i marnowania czasu, nie jest przy tym nachalna, pozwala percypować świat bez rozpraszania uwagi (ma znaczenie marginalne). Ważne jest to zwłaszcza w sytuacjach, gdy istotny jest pośpiech lub trudno zdobyć informacje z innych źródeł. Przewodnik drukowany może być nieaktualny, a przechodnie mogą nie znać odpowiedzi na pytania turysty. Semapedia może być pomocna również podróżnym, którzy nie znają języka odwiedzanego kraju lub nie zaplanowali wyjazdu. Paradoksalnie jednak wystawia turystów na błędy i wandalizm informacyjny obecne w Wikipedii, nie pozwalając na szybką weryfikację danych. Dzięki tego typu społecznemu oznaczaniu, świat rzeczy zostaje powiązany w sieć za pomocą hiperłączy, podobnie jak informacje w Internecie. Linki mają w tym przypadku postać wydrukowanych i upublicznionych kodów QR. Semapedia przenosi zatem model „lektury” cyberprzestrzeni w przestrzeń geograficzną, do świata obiektów. Współczesny człowiek zaczyna myśleć o świecie rzeczy tak, jak dotąd myślał jedynie o tekstach kultury. Można w tym widzieć proces wtórnej semantyzacji przestrzeni, odpowiadającej standardom technologicznym epoki. Pełne usieciowienie przestrzeni lokalnej powinno odpowiadać współczesnym przechodniom, żądnym informacji w trybie natychmiastowym.

Keitai jest spełnieniem marzeń o pełnym i stałym podłączeniu do Sieci — otwiera to wiele możliwości, ale i prowokuje wiele problemów. Istotnym elementem nowej percepcji wyznaczanej przez keitai culture jest natychmiastowość komunikacji, skrótowość oraz ikoniczny charakter przekazu, który zapewnia szybkość i dokładność informacji. Sprzyja to momentalności, ulotności aktów komunikacji, która nabiera charakteru działań typu instant. Z drugiej strony, nieograniczony dostęp do Sieci staje się podłączeniem do zewnętrznego ekosystemu, który otacza ludzkie ciało w sposób tak naturalny jak powietrze. Jest to zgodne z ideologią propagowaną przez NTT DOCOMO, japońskiego potentata telekomunikacyjnego, który promuje świetlaną wizję społeczeństwa sieciowego, w postaci ubiquitous networked society (czyli ‚społeczeństwa wszędzie i stale podłączonego do Sieci’). Można by tu mówić zatem o przejściu od „społeczeństwa sieciowego” do „społeczeństwa usieciowionego”, mając na uwadze pewną dwuznaczność tego terminu. DOCOMO definiuje je jako „społeczeństwo, w którym rzeczy podłączone są do Sieci, a ludzie mają dostęp do informacji zawsze i wszędzie. Informacja będzie obecna (spread among) w całym naszym życiu jako infrastruktura życiowa, taka jak powietrze — niewidoczna, ale nieodzowna” [25].

Mizuko Ito, badacz kultury keitai już dziś zauważa: „Nie posiadać komórki (keitai) oznacza być ślepym, odłączonym od natychmiastowych informacji (just-in-time) o tym, gdzie i kiedy znajdujesz się w czaso-przestrzennych sieciach społecznych” [26]. Komórka jest narzędziem socjalizacji, odgrywa podstawową rolę w budowaniu więzi społecznych. Jest niepozorna, lecz wszechmocna; peryferyczna, lecz niezbędna; marginalna, lecz fundamentalna. Może to przerażać, ale można też tego nie dostrzec.

[1] M.J. Dziesinski: What is „Keitai Culture”? Investigations into the social impact of mobile telephony with society in contemporary Japan. Honolulu 2003.
[2] Personal, Portable, Pedestrian. Mobile Phones in Japanese Life. Eds. M. Ito, D. Okabe, M. Matsuda. Massachusetts 2006.
[3] M. McLuhan: Zrozumieć media. Przedłużenia człowieka. Przeł. N. Szczucka. Warszawa 2004.
[4] Thumb Culture: The Meaning of Mobile Phones for Society. Eds. P. Glotz, S. Bertschi, Ch. Locke. Bielefeld 2005.
[5] A. Nawarecki: Mikrologia, genologia, miniatura. W: Miniatura i mikrologia. T. 1. Red. A. Nawarecki. Katowice 2000, s. 11.
[6] M. Ito, D. Okabe: Mobile Phones, Japanese Youth, and the Re-placement of Social Contact. Front Stage – Back Stage: Mobile Communication and the Renegotiation of the Social Sphere. Conference in Grimstad, Norway, 22-24 June 2003. URL: http://www.itofisher.com/PEOPLE/mito/mobileyouth.pdf.
[7] Zob. R. Thakrar: Linguists Gutted by Body-talk Blight. Traditional Expressions Are Dying out as Thought Patterns Change. „The Japan Times Online”. 23 September 2007. URL: http://search.japantimes.co.jp/cgi-bin/fl20070923x2.html.
[8] W. Benjamin: Dzieło sztuki w dobie reprodukcji technicznej. W: Idem: Anioł historii. Eseje, szkice, fragmenty. Wybór i opracowanie H. Orłowski. Przeł. K. Krzemieniowa, H. Orłowski, J. Sikorski. Poznań 1996, s. 201-239.
[9] D. de Kerckhove: Inteligencja otwarta. Narodziny społeczeństwa sieciowego. Przeł. A. Hildebrandt. Warszawa 2001, s. 43-47.
[10] Y. Hani: Cellphone Bards Hit Bestseller Lists. „The Japan Times Online”. 23 September 2007. URL: http://search.japantimes.co.jp/cgi-bin/fl20070923x4.html; L. Day: Tone Language. „Time Magazine Online”. 9 January 2008. URL: http://www.time.com/time/magazine/article/0,9171,1702111,00.html; R.L. Parry: It ws bst f tms, it ws wrst f tms: Japan’s mobile phone literature. „The Times Online”. 6 December 2007. URL: http://www.timesonline.co.uk/tol/news/world/asia/article3005052.ece; T. Leonard: Mobile Phone Novels Hit Bestsellers Lists. „Telegraph.co.uk”. 27 September 2007. URL: http://www.telegraph.co.uk/news/worldnews/1564283/Mobile-phone-novels-hit-bestseller-lists.html.
[11] Twitter. URL: http://twitter.com; Jaiku. URL: http://www.jaiku.com. Zob. również: A. Java, T. Finin, X. Song, B. Tseng: Why We Twitter: Understanding Microblogging Usage and Communities. Procedings of the Joint 9th WEBKDD and 1st SNA-KDD Workshop 2007. University of Maryland, Baltimore County. 12 August 2007. URL: http://workshops.socialnetworkanalysis.info/websnakdd2007/papers/submission_21.pdf.
[12] Por. Badania Japan Internet, cytowane przez Daisuke Okabe. D. Okabe: Emergent Social Practices, Situations and Relations through Everyday Camera Phone Use. International Conference on Mobile Communication, Seoul 2004, [s. 19]. URL: http://www.itofisher.com/mito/archives/okabe_seoul.pdf.
[13] I. Koskela, I. Arminen: Attractiveness and Responsiveness of Moblogs. „Observatorio (OBS*) Journal” 2007, no. 3, s. 73-91.
[14] Ibidem, s. 74-75.
[15] M. Brady: Blogging, Personal Participation in Public Knowledge-building on the Web. Chimera Working Paper 2005-02. University of Essex, Colchester 2005, s. 10. URL: www.essex.ac.uk/chimera/publications.html.
[16] Arminen, Koskela: op. cit., s. 77.
[17] Ibidem, s. 77-88.
[18] R. Baber: The Call of the Mountain. Moblog. URL: http://moblog.co.uk/view.php?id=250443.
[19] T. Stokes: Dead Blogs. Cyberspace Filling up with Online, Abandoned Diaries. „Times Daily” [online] 2007, 4 June. URL: http://www.timesdaily.com/apps/pbcs.dll/article?AID=/20070604/NEWS/706040314/-1/BUSINESS01.
[20] Nawarecki: op. cit., s. 16.
[21] Informacje z rozmowy z Selene Kolman podczas Ars Electronica 2007. BliinYourLIVE!: URL: http://bliin.com.
[22] K. Kassugai, P. Hoppe: DenCity: Text — detailed explanation of the project. In: DenCity Project. URL: http://dencity.konzeptrezept.de/concept.
[23] K. Kassugai, P. Hoppe: DenCity: Impression, DenCity: Introduction: In: DenCity Project. URL: http://dencity.konzeptrezept.de/concept.
[24] Semapedia. URL: http://semapedia.com.
[25] Por. Serwis internetowy NTT DOCOMO. Por. filmy dostępne w serwisie: The Road to Hokusai’s Waterfall. URL: http://www.nttdocomo.co.jp/english/corporate/vision/hokusai/index.html; Mobile Life Story. URL: http://www.nttdocomo.co.jp/english/corporate/vision/mobilelife/; Looking for the Future Society. URL: http://www.nttdocomo.co.jp/english/corporate/technology/future/index.html. [19 lutego 2008].
[26] M. Ito: A New Set of Social Rules for a Newly Wireless Society. „Japan Media Review”. 14 February 2003. URL:
http://www.ojr.org/japan/wireless/1043770650.php.

Bibliografia:

Baber Rod: The Call of the Mountain. Moblog. URL: http://moblog.co.uk/view.php?id=250443.

Benjamin Walter: Dzieło sztuki w dobie reprodukcji technicznej. W: Idem: Anioł historii. Eseje, szkice, fragmenty. Wybór i opracowanie H. Orłowski. Przeł. K. Krzemieniowa, H. Orłowski, J. Sikorski. Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1996, s. 201-239.

Day Lara: Tone Language. „Time Magazine Online”. 9 January 2008. URL: http://www.time.com/time/magazine/article/0,9171,1702111,00.html.

Dziesinski Michael J.: What is „Keitai Culture”? Investigations into the social impact of mobile telephony with society in contemporary Japan. University of Hawai’i, Manoa, Honolulu 2003.

Hani Yoko: Cellphone Bards Hit Bestseller Lists. „The Japan Times Online”. 23 September 2007. URL: http://search.japantimes.co.jp/cgi-bin/fl20070923x4.html.

Ito Mizuko, Okabe Daisuke: Mobile Phones, Japanese Youth, and the Re-placement of Social Contact. Front Stage – Back Stage: Mobile Communication and the Renegotiation of the Social Sphere. Conference in Grimstad, Norway, 22-24 June 2003. URL: http://www.itofisher.com/PEOPLE/mito/mobileyouth.pdf.

Ito Mizuko: A New Set of Social Rules for a Newly Wireless Society. „Japan Media Review” 14 February 2003. URL:
http://www.ojr.org/japan/wireless/1043770650.php.

Java Akshay, Finin Tim, Song Xiaodan, Tseng Belle: Why We Twitter: Understanding Microblogging Usage and Communities. Procedings of the Joint 9th WEBKDD and 1st SNA-KDD Workshop 2007. University of Maryland, Baltimore County. 12 August 2007. URL: http://workshops.socialnetworkanalysis.info/websnakdd2007/papers/submission_21.pdf.

Kerckhove de Derrick: Inteligencja otwarta. Narodziny społeczeństwa sieciowego. Przeł. A. Hildebrandt. Wydawnictwo Mikom, Warszawa 2001.

Kerckhove de Derrick: Powłoka kultury. Odkrywanie nowej elektronicznej rzeczywistości. Przeł. W. Sikorski, P. Nowakowski. Wydawnictwo Mikom, Warszawa 1996.

Koskela Inka, Arminen Ilkka: Attractiveness and Responsiveness of Moblogs. „Observatorio (OBS*) Journal” 2007, no. 3, s. 73-91.

Leonard Tom: Mobile Phone Novels Hit Bestsellers Lists. „Telegraph.co.uk”. 27 September 2007. URL: http://www.telegraph.co.uk/news/worldnews/1564283/Mobile-phone-novels-hit-bestseller-lists.html.

McLuhan Marshall: Zrozumieć media. Przedłużenia człowieka. Przeł. N. Szczucka. Wydawnictwa Naukowo-Techniczne, Warszawa 2004.

Nawarecki Aleksander: Mikrologia, genologia, miniatura. W: Miniatura i mikrologia. T. 1. Red. Aleksander Nawarecki. Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego, Katowice 2000, s. 9-29.

Okabe Daisuke: Emergent Social Practices, Situations and Relations through Everyday Camera Phone Use. International Conference on Mobile Communication, Seoul 2004, [s. 19]. URL: http://www.itofisher.com/mito/archives/okabe_seoul.pdf.

Parry Richard Lloyd: It ws bst f tms, it ws wrst f tms: Japan’s mobile phone literature. „The Times Online”. 6 December 2007. URL: http://www.timesonline.co.uk/tol/news/world/asia/article3005052.ece.

Personal, Portable, Pedestrian. Mobile Phones in Japanese Life. Eds. Mizuko Ito, Daisuke Okabe, Misa Matsuda. MIT Press, Massachusetts 2006.

Stokes Trevor: Dead Blogs. Cyberspace Filling up with Online, Abandoned Diaries. „Times Daily” [online] 2007, 4 June. URL: http://www.timesdaily.com/apps/pbcs.dll/article?AID=/20070604/NEWS/706040314/-1/BUSINESS01.

Thakrar Raju: Linguists Gutted by Body-talk Blight. Traditional Expressions Are Dying out as Thought Patterns Change. „The Japan Times Online”. 23 September 2007. URL: http://search.japantimes.co.jp/cgi-bin/fl20070923x2.html.

Thumb Culture: The Meaning of Mobile Phones for Society. Eds. Peter Glotz, Stefan Bertschi, Chris Locke. Transcript Verlag, Bielefeld 2005.

Cyfrowa pamięć turystów high-tech i media w podróży. Twittowanie i globalhood

Artykuł jest tłumaczeniem tekstu „Digital Memories of High-Tech Tourists and Travelling Media. Twittering and Globalhood”, który ukazał się w książce: „Digital Memories. Exploring Critical Issues”. Ed. A. Maj, D. Riha. Inter-Disciplinary Press, Oxford 2009, s. 209-218 [eBook opublikowany w serwisie Inter-disciplinary.net. URL: http://www.inter-disciplinary.net/wp-content/uploads/2009/12/DigMem-1.3d.pdf].

Tekst w wersji polskiej został przyjęty do druku w „Kulturze Popularnej” (ukaże się wiosną 2011).

Media cyfrowe spowodowały pojawienie się nowego percepcyjnego i kognitywnego paradygmatu podróżowania, który wpływa na dyskurs turystów i podróżników. Współczesne narracje podróżnicze tworzone są przy użyciu aparatów i kamer cyfrowych, odbiorników GPS, telefonów komórkowych oraz innych mobilnych urządzeń, które prowokują nowe problemy w sferze interpersonalnej, lecz zmediatyzowanej komunikacji. Internet stał się powodem, dla którego ludzie podróżują. Podczas gdy dla niektórych globtroterów możliwość napisania blogu czy tworzenia własnego serwisu internetowego i galerii online jest jedynie pomocą w podróży, substytutem telefonicznych rozmów z rodziną, dla innych staje się podstawowym powodem i celem wyruszania w drogę. Ta druga grupa może być nazwana ‚podróżnymi high-tech‚ z powodu wysokiego stopnia mediatyzacji tego typu podróżowania.

Epoka konektywności i sieci społecznych wytwarza również nowy rodzaj pamięci społecznej. Cyfrowa pamięć podróży tego rodzaju, powstająca jako rezultat interakcji wikipodróżników, blogerów, moblogerów, geoblogerów i innych podróżnych high-tech, jest zarazem zorientowana społecznie i technologicznie. Turyści high-tech, dźwigający w drodze palmtopy, laptopy, telefony komórkowe, odbiorniki GPS, iPody i inne cyfrowe urządzenia, wykorzystują cechy Web 2.0, zwłaszcza społeczne tworzenie zakładek i tagów (social bookmarking, social tagging), tworzenie sieci społecznych (social networking) czy dziennikarstwo oddolne (grassroots journalism), aby tworzyć swoją ideologię pisarstwa podróżniczego i dzienniki podróży.

Internet, a zwłaszcza blogosfera, odzwierciedla stan świadomości podróżniczej charakterystyczny dla współczesnych społeczeństw generujących turystów. Komunikacja zapośredniczona medialnie zmienia wspomnienia tradycyjnego osobistego podróżowania w sieciowe, nakierowane na wspólnotę i generowane przy pomocy urządzeń technicznych trasy, znaki przestrzenne i ślady pamięci. Internet staje się przestrzenią międzykulturowej wymiany myśli, wspomnień i wynajdywania na nowo ‚doświadczenia podróży’. Należy wskazać główne elementy charakterystyczne dla tego nowego paradygmatu percepcyjno-kognitywnego i dla narracji podróżnych turystów high-tech oraz kulturowe konsekwencje cyfryzacji pamięci podróży.

Wpisując frazę ‚digital memories’ (cyfrowe wspomnienia, cyfrowa pamięć) w wyszukiwarkę Google, jako zestaw odpowiedzi na zapytanie otrzymujemy szerokie spektrum zakładów świadczących usługi fotografii ślubnej oraz bibliotek, na czele z Biblioteką Kongresu, liderem na polu ochrony delikatnych cyfrowych danych. Sieć sama w sobie może jednak być również postrzegana jako prawie nieskończony zbiór cyfrowej pamięci ludzkości. W tej perspektywie pytanie o kondycję współczesnego myślenia, wiedzy społecznej i inteligencji konektywnej staje się ważne dla studiów kulturowych, a co więcej – wydaje się podstawowe dla zrozumienia tendencji rozwojowych, które kształtują Sieć. Można tu wyznaczyć szereg potencjalnych pytań badawczych: Czym jest zjawisko Web 2.0 w kontekście pamięci cyfrowej? Co oznacza proces ‚cyfryzacji pamięci’ dla naszych mózgów, percepcji, a zatem i dla kultury? Jakie są implikacje zjawiska społecznego oznaczania (social tagging) i jego wkład w tworzenie społeczeństwa otwartej wymiany, a także jego potencjalna podatność na nadużycia ze strony globalnych koncernów? Jakie są zagrożenia wynikające z kruchości wirtualnej tożsamości, która opiera się na efemerycznych danych? A może pytania te są mylące, wynikają przecież z uprzedzeń produkowanych przez analogowy mózg? Aby zanalizować ten probem, warto zaobserwować kilka spośród współczesnych zachowań komunikacyjnych, związanych z podróżą i użyciem mediów cyfrowych oraz zróżnicowanych przenośnych urządzeń high-tech.

Problematyka pamięci cyfrowej po raz pierwszy podniesiona została przez Vannevara Busha, który w roku 1945 zaprojektował i opisał Memex [1]. W swoim artykule autor wskazuje możliwość istnienia komputera, działającego jako archiwum kulturowe i maszyna multimedialna, otwarta na nowe naukowe odkrycia i umożliwiająca szybką selekcję danych, manipulację nimi i wymianę pomiędzy użytkownikami. Memex był zupełnie analogowym konceptem, urzeczywistnionym paradoksalnie przez współczesne komputery połączone w sieć. Ważny jest fakt, że wskazywał on kierunek projektantom i inżynierom przez dekady i nadal stanowi istotny kontekst dla osób rozwijających Internet Archive czy Gutenberg Project. Nawet jeśli rewolucjonizuje on ideę dziedzictwa kulturowego i podejście do maszyn jako myślących rzeczy, nie daje on jednak wrażenia otwartości, poczucia ‚globalhood’ i wolności komunikacji, których doświadczają użytkownicy Sieci 2.0. Powodem jest brak mobilności Memexu. Współczesna zmediatyzowana komunikacja z ludźmi czy kulturową bazą danych – jak Manovich nazywa najważniejszy gatunek pamięci cyfrowej – jest w większości związana z ruchem w przestrzeni – podróżowaniem lub dojazdami do pracy i domu (commuting).

Odczucie totalnej mobilności coraz bardziej rozprzestrzenia się w różnych społecznościach. Najbardziej specyficzne jest tu społeczeństwo japońskie, którego kultura nazywana jest wręcz keitai denwa – czyli ‚kultura telefonów komórkowych’. Użycie technologii mobilnych ma tu charakter nadzwyczajny, ma bowiem wpływ na praktycznie każdy aspekt życia codziennego. Japończycy – szybciej niż inne społeczeństwa – realizują model społeczeństwa usieciowionego, czyli społeczeństwa stale i wszędzie podłączonego do sieci (ubiquitous networked society), a zatem stanowią model idealny społeczeństwa przyszłości, stworzony przez koncerny telekomunikacyjne, takie jak NTT DoCoMo. Japońska młodzież opisywana jest przez socjologów jako oyayubi zoku – ‚plemię szybkich kciuków’ [2]. Termin jest aplikowalny w związku z wysokim poziomem profesjonalizmu tej grupy w używaniu klawiatur telefonicznych, którymi operuje się za pomocą kciuków (w przeciwieństwie do klawiatury typu QWERTY), oraz niezwykłej aktywności w zakresie przesyłania wiadomości tekstowych za pomocą telefonii komórkowej. Wysyłanie SMS i przeglądanie stron internetowych to najbardziej popularne w tej grupie akty zmediatyzowanej komunikacji; wymiana plików dźwiękowych, zdjęć i plików video jest wykonywana również głównie przy pomocy telefonów komórkowych i, jak wynika z przeprowadzonych badań, często uzupełniana jest przez niezapośredniczoną komunikację typu face-to-face [3]. Keitai shosetsu – ‚powieść komórkowa’, która składa się z wiadomości SMS jest dziś najbardziej popularnym literackim gatunkiem w Japonii, z milionami czytelników i ogromnymi nakładami wydań książkowych, które powstają w następstwie masowego ściągania powieści na urządzenia przenośne. W tym kontekście trudno się dziwić, że prawie 40% komunikacji w globalnej blogosferze, zgodnie z danymi opublikowanymi przez Technorati, przebiega w języku japońskim (co jest porównywalne z komunikacją w języku angielskim w tym środowisku) [4].

Telefon komórkowy oraz wytwarzane przez niego nowe odczucie mobilności i natychmiastowości są głęboko powiązane z problematyką cyfrowej pamięci i nowym podejściem do pamiętania. Oyayubi zoku piszący kciukami każdego dnia, od momentu przebudzenia aż do momentu zaśnięcia (często zasypiający z telefonem w ręku), są prawdopodobnie prekursorami nowego modelu pamiętania. Jest to taktylny tryb percepcji, w której kciuk jest zarazem haptycznym i językowym narzędziem komunikacji. Kciuk jest nowym medium piśmienności. Kciuk pamięta pismo. Jest medium cyfrowej pamięci w warunkach nieustannego kontaktu i stałej mobilności młodzieży, turystów i commuterów, nie tylko w Japonii.

Potężnym narzędziem rodzącego się (zwłaszcza w Ameryce Północnej, Europie i Azji, lecz nie tylko) [5] globalnego plemienia szybkich kciuków jest mikroblogowanie, moblogowanie i geoblogowanie. Można dziś obserwować, że te trzy gatunki stapiają się w jeden. Serwisy do natychmiastowego uaktualniania statusu, takie jak Twitter, Jaiku, Pownce, Yammer, Tumbir, Jabber, Frazr, Google Latitude i inne, mają dominujący wpływ na proces redefinicji takich terminów, jak dystans czasowy i przestrzenny, interwał komunikacyjny, codzienne doświadczenie intersubiektywności i konektywności.

Derrick de Kerckhove sugeruje, że inteligencja konektywna użytkowników Internetu rozwija się dziś w globalną emocjonalność, a zatem i w globalną tożsamość – ‚globalhood’, co należałoby zapewne tłumaczyć jako globalstwo [6]. Idea ta może być pomocna w zrozumieniu tendencji, którą można nazwać ‚twittermanią’. Globalstwo nie stoi w opozycji do lokalnej tożsamości, jest konstruowane na podstawie doświadczeń sieciowych i innych doświadczeń medialnych, wzmacniających procesy glokalizacyjne. Twitter jest jednym z serwisów, który wzmacnia taką globalną emocjonalność. Krótka osobista dygresja o twittującym Baracku Obamie może posłużyć tu jako dobra eksplikacja tej kwestii. W grudniu 2008 roku, gdy zapisałam się do twitów Obamy, informacja, która dotarła do mnie w ciągu kilku sekund, brzmiała: „Hi, […] Barack Obama (BarackObama) is now following your updates on Twitter.” („Cześć, Barack Obama już śledzi twoje wpisy w Twitterze”). Jest to oczywiście automatyczna informacja, która przychodzi regularnie z serwerów Twittera, jednak jej kulturowe znaczenie w tym przypadku nie powinno pozostać niedocenione: prezydent Stanów Zjednoczonych podąża za wpisami internauty niezależnie od tego, kim jest i gdziekolwiek mieszka. Twitter zrównuje zatem Baracka Obamę z moją rodziną, przyjaciółmi, współpracownikami i studentami. Dzięki twittermanii Obama staje się moim wirtualnym przyjacielem. Odczucie globalnej intymności, tworzącej się w ciągu jednej sekundy dzięki temu mikroblogerskiemu narzędziu, sprawia, że użytkownik doświadcza głębokiej emocjonalnej przemiany, wynikającej z odczucia globalności.

Twitter jako serwis został zaprojektowany jako narzędzie wspierające tworzenie sieci społecznych, akcentujące zachowania użytkowników mediów, które były powszechne w społeczności – użycie SMS i komunikatorów internetowych. Innym ważnym elementem, który pomógł serwisowi stać się jednym z bardziej udanych narzędzi typu Web 2.0 była architektura, oparta na treściach generowanych przez użytkowników oraz otwartości na ich kreatywność i modyfikacje funkcjonalności serwisu.

Podobnie jak w przypadku wielu technologii, etuzjastyczni użytkownicy wykorzystali Twittera nie tylko do odpowiadania na pytanie „Co właśnie robisz?” Twitter był używany jako pomoc w organizowaniu i rozprzestrzenianiu informacji podczas ważnych wydarzeń, takich jak pożary lasów w Californi w 2008 roku, ostatnie wybory w USA, masakra w Bombaju czy nawet upadek samolotu linii amerykańskich lotnicznych lotu numer 1549 do rzeki Hudson w styczniu 2009 roku. Janis Krum, pasażer na promie, który jako pierwszy ruszył na pomoc, zrobił zdjęcie samolotu telefonem komórkowym i wysłał je na swoje konto do Twittera. Twitter i inne serwisy do uaktualniania statusu były także używane do wielu innych celów, w tym potoki skarg wobec firm, dzielenie poglądów, przekazywanie ciekawego materiału, dokumentowanie wydarzeń, rozmowy i flirtowanie. [7]

Ten wyjątek z raportu Pew Internet z lutego 2009 na temat Twittera i innych sieciowych serwisów do aktualizacji statusu pokazuje jak różne procesy związane z Web 2.0 powiązane są wzajemnie z twittowaniem jako aktywnością komunikacyjną. Narzędzia do mikroblogowania są doskonale zaprojektowane dla użytkowników, którzy chcą być dziennikarzami społecznościowymi i konstruować swoje lifelogi (sieciowe dzienniki w postaci całościowych multimedialnych zapisów życia), ale także dla tych, którzy potrafią skorzystać na niezwykłym przyspieszeniu nadchodzenia informacji. Waga mikroblogowania dla globalnego przepływu informacji i dla użytkowników żyjących czy podróżujących po regionie, gdzie coś ważnego się wydarzyło, podkreśla Robert Scoble, znaczący mikrobloger w społeczności Twittera:

Dlaczego jest to ważne? Cóż, pamiętacie trzęsienie ziemi w Chinach w 2008 roku? Twittowałem tego wieczoru przy użyciu Twhirl, żeby zobaczyć co mówią moi przyjaciele. W ciągu kilku minut kilka osób powiedziało „właśnie poczułem wstrząsy”. Użyłem więc wyszukiwarki, by zobaczyć, co inni twittujący użytkownicy mówią. W ciągu pierwszych dwóch minut – nawet zanim serwis USGS (Instytut Geologii USA) potwierdził trzęsienie ziemi i 45 minut zanim CNN zaczęło o tym mówić – widziałem kilku ludzi w kilku różnych miastach, którzy mówili o trzęsieniu. Wiedziałem, że jest to zatem poważny wstrząs sejsmiczny, i rzeczywiście, w ciągu najbliższych trzech godzin pojawiła się powódź doniesień medialnych na ten temat. Niektórzy ludzie publikowali adresy URL do pierwszych wiadomości w New York Times czy CNN. Inni wysyłali filmy i zdjęcia, które zrobili ich znajomi. Jeszcze inni ludzie połączyli się z siecią, by opowiedzieć o swoich osobistych doświadczeniach. [8]

Można zatem zaobserwować, że narządzia w postaci platform do mikroblogowania są elastyczne i mogą być używane do realizacji różnych celów i spełnienia odmiennych potrzeb użytkowników. Co więcej, tworzą one globalną emocjonalność i cyfrową pamięć w sposób, który nigdy wcześniej nie był doświadczany przez odbiorców mediów masowych. Co ważniejsze, pamięć cyfrowa tego rodzaju jest konstruowana społecznie, a zatem może być rozumiana jako bardziej wartościowa (bardziej prawdziwa i mniej sztuczna) niż tworzona przez tradycyjne media mainstreamowe. Bezpośredniość informacji w takich serwisach może być opisana jako wiedza oddolna. Będąc „osobistym, podręcznym i prozaicznym”, Twitter i podobne platformy łączą trzy wartości, charakterystyczne nie tylko dla mikroblogowania, ale też dla telefonów komórkowych [9]. Wartości charakterystyczne dla telefonii przenośnej zostały zatem przetransferowane w obręb serwisów typu Web 2.0.

Termin ‚ubiquitous networked society’ (społeczeństwo usieciowione) w tym kontekście nabiera nowego znaczenia – jako że twittermania często rozwija się w uzależnienie od Twittera (twitteradiction). Jednak to, co można postrzegać jako ‚zespół chorobowy’, może być również zdefiniowane jako nowy paradygmat percepcyjny, charakterystyczny dla technologicznej awangardy naszych czasów. Twittowanie nie jest szeroko postrzegane jako ważne zachowanie komunikacyjne, częściowo z powodu niepoważnego charakteru, który sugeruje nazwa serwisu (twitter – ang. ćwierkać). Twittowanie to czynność małej wagi, coś peryferycznego w stosunku do regularnej komunikacji – marginalna aktywność wymieniania bardzo krótkich wiadomości. Twity nie mogą być dłuższe niż 140 znaków, a zatem są nawet mniejsze od zawartości SMS. Ta marginalność jest charakterystyczna zarówno dla mikroblogów, jak i moblogów – blogów multimedialnych, tworzonych przy użyciu telefonu komórkowego. Chociaż twittowanie może zakłócić każdy inny rodzaj komunikacji czy czynności prowadzonych równolegle, pozwala użytkownikowi robić wiele rzeczy naraz. Twittowanie i moblogowanie często są wykonywane podczas podróży, czekania w kolejce, czytania, oglądania telewizji, przeszukiwania Sieci czy pracy – jednak czasem również podczas mówienia czy prowadzenia samochodu. Symultaniczność wielu aktywności może skutkować głębokimi zaburzeniami psychicznymi, ale też rozwojem nowych umiejętności, takich jak wielowątkowość koncentracji, wielozadaniowość (multitasking) czy rozszerzona percepcja. Może okazać się również owocna podczas pracy nad określonym zadaniem – pod warunkiem, że zestaw napływających twitów jest tematycznie powiązany z daną problematyką.

Należy tu zauważyć, że istnieją takie typy aktywności, które mogą rozwijać ten paradygmat percepcyjny i kognitywny – podróżowanie jest jedną z najważniejszych czynności tego rodzaju. Istnieje wiele narzędzi Web 2.0, które mogą być zaadaptowane podczas podróży; niektóre z nich są społecznościowymi serwisami marketingu turystycznego, inne – stanowią oddolne inicjatywy podróżników. Dobrym przykładem pierwszej kategorii może być serwis internetowy GoPlanIt, drugiego – wikimapy czy serwisy służące geotagowaniu, takie jak Bliin czy EveryTrail. GoPlanIt działa jak narzędzie mikroblogerskie dla podróżnych, ale przede wszystkim jako turystyczna wyszukiwarka udostępniająca sprofilowane zestawy usług noclegowych i transportowych oraz gotowe itineraria. Bliin i EveryTrail czy różne wikimapy lub mashupy, na przykład do Google Maps, pozwalają podróżnym wypełnić serwis własną treścią – zapisami śladów z odbiorników GPS, zdjęciami wykonanymi w czasie wycieczki, różnymi notatkami lub znacznikami i dodatkowymi plikami.

Każde z omawianych narzędzi może być postrzegane jako otwarta możliwość tworzenia lifelogu przez użytkowników. Niektóre z nich koncentrują się na zawartości, inne – na idei konektywności. Z analizy wynikają jednak również pytania o to, co pamiętamy i co zapominamy. A także – kto jest właścicielem pamięci użytkowników. Najbardziej znaczącym kolekcjonerem danych jest oczywiście Google, ale też inne koncerny telekomunikacyjne i firmy, które zbierają różne dane klientów i mogą je wykorzystywać do własnych celów. Inną kwestią pozostaje problem, czy zebrane dane przeznaczone są ‚do zapomnienia’, czy nie. Czasem nie są one ważne nawet dla samego użytkownika. Istnieją miliony martwych blogów w blogosferze. Technorati sugeruje, że wielkość ta nie powinna nas martwić, skoro każdego dnia powstaje 120 tysięcy nowych blogów i 1,5 miliona nowych postów [10]. Jednak inne badania (z czerwca 2007) wskazują, że istnieje ponad 200 milionów ludzi, którzy postrzegają siebie samych jako eksblogerów, a jeden blog na cztery jest nieaktywny [11].

Wszystko wskazuje na to, że aby móc odpowiedzieć na pytania dotyczące pamiętania i zapominania, należy najpierw zrozumieć podstawową kwestię – ‚dlaczego twittujemy’ czy ‚dlaczego moblogujemy’, etc. Inka Koskela i Illka Arminen sugerują, że moblogi mogą realizować cztery funkcje: przechowywanie, współdzielenie, publikowanie i komunikowanie [12]. Oznacza to, że są one odmiennie traktowane przez autorów, w zależności od dwóch cech: atrakcyjności i zdolności do wywoływania odpowiedzi [13]. Główne różnice leżą zatem w dostarczanych danych oraz braku bądź obecności i charakterze odbiorców. Jeśli blog posiada zdolność do gromadzenia silnej społeczności odbiorców, jest bardziej prawdopodobne, że będzie podtrzymywany przez autora. Twittowanie jest w pewnym sensie podobne – im bardziej aktywny jest twittujący, tym bardziej uzależnia się od Twittera. Wczesne badania nad Twitterem pokazały, że można wskazać trzy kategorie użytkowników serwisu: ‚źródło informacji’, ‚znajomi’ i ‚poszukujący informacji’ [14]. Co ważniejsze, intencje mikroblogerów są kierowane czterema typami zachowań, takich jak: codzienna pogawędka, rozmowa, współdzielenie informacji lub adresów URL oraz raportowanie newsów [15].

Na zakończenie trzeba zapytać, co oznacza to dla pamięci cyfrowej? Z antropologicznego punktu widzenia, Sieć, a zwłaszcza blogosfera i serwisy społecznościowe mogą być postrzegane jako doskonałe narzędzia dla badań antropologicznych. Przede wszystkim serwisy mikroblogerskie stają się otwartym, żywym archiwum pamięci społecznej, o jakim zawsze marzyli antropolodzy. Serwisy społecznościowe są także spełnieniem snu marketingowców i instytucji kolekcjonujących dane. Antropolog powinien zatem pytać, czym w takim kontekście jest w istocie cyfrowa pamięć. Dla psychologa jest to archiwum globalnej emocjonalności, dla socjologa – archiwum nowych zachowań społecznych, dla etnografa – kulturowy samozapis ludzkości, dla medioznawcy – globalny lifelog. Może zbyt wcześnie, by odpowiedzieć na to pytanie – cyfrowa pamięć jest budowana spontanicznie, choć z pomocą globalnego marketingu. Prowadzi to do tworzenia kultury remiksu, ale wciąż możliwe jest, że w przyszłości przyznamy, że było to również globalne cyfrowe pranie mózgu.

[1] V. Bush, As We May Think, „The Atlantic Monthly”, July 1945.
[2] Thumb Culture: The Meaning of Mobile Phones for Society, P. Glotz, S. Bertschi, Ch. Locke (eds.), Transcript Verlag, Bielefeld 2005.
[3] M. Ito, D. Okabe, Mobile Phones, Japanese Youth, and the Re-placement of Social Contact w: Front Stage – Back Stage: Mobile Communication and the Renegotiation of the Social Sphere. Conference in Grimstad, Norway, 22-24 June 2003. URL: http://www.itofisher.com/PEOPLE/mito/mobileyouth.pdf, oraz: D. Okabe, Emergent Social Practices, Situations and Relations through Everyday Camera Phone Use w: International Conference on Mobile Communication, Seoul 2004, URL: http://www.itofisher.com/mito/archives/okabe_seoul.pdf.
[4] D. Sifry, The State of the Live Web, April 2007 w: Sifry’s Alerts [blog], 5 April 2007, URL: http://www.sifry.com/alerts/archives/000493.html.
[5] A. Java, T. Finin, X. Song, B. Tseng, Why We Twitter: Understanding Microblogging Usage and Communities. Procedings of the Joint 9th WEBKDD and 1st SNA-KDD Workshop 2007. University of Maryland, Baltimore County. 12 August 2007, s. 4. URL: http://workshops.socialnetworkanalysis.info/websnakdd2007/papers/submission_21.pdf.
[6] Prywatna rozmowa z Derrickiem de Kerckhove podczas I Dni Nowych Mediów, Katowice 20-22 listopada 2008.
[7] A. Lenhart, S. Fox, Twitter and Status Updating. Pew Internet Project Data Memo. 12 February 2009 [pozyskano 12 lutego 2009]. URL: http://www.pewinternet.org/Reports/2009/Twitter-and-status-updating.aspx?r=1.
[8] R. Scoble, Foreword w: D. Micek, W. Whitlock, Twitter Handbook. How Social Media and Mobile Marketing are Changing the Way we Do the Business and Market Online, MBO Productions, New York 2008.
[9] Personal, Portable, Pedestrian. Mobile Phones in Japanese Life, M. Ito, D. Okabe, M. Matsuda (eds.), Massachusetts 2006.
[10] Dane podaję za Technorati 2008 [nieoficjalne statystyki], za Chilibean, The state of the SA blogosphere w Chilibean, New media news and views, 5 maja 2008 [blog], URL: http://chilibean.co.za/2008/05/05/the-state-of-the-sa-blogosphere.
[11] T. Stokes, Dead Blogs. Cyberspace Filling up with Online, Abandoned Diaries, „Times Daily” [online] 2007, 4 June. URL: http://www.timesdaily.com/article/20070604/NEWS/706040314. Zob. też odpowiedź na ten artykuł w jednym z bardziej wpływowych blogów: Millions of Dead Blogs Won’t Stop Blogging, 6 czerwca 2007, w: Bloggers Blog, URL: http://www.bloggersblog.com/cgi-bin/bloggersblog.pl?bblog=606071.
[12] I. Koskela, I. Arminen, Attractiveness and Responsiveness of Moblogs, „Observatorio” (OBS*) Journal, no 3, 2007, ss. 77-88.
[13] Ibidem, s. 77.
[14] Java, Finin, Song, Tseng, op. cit., s. 8.
[15] Ibidem, s.7-8.

Bibliografia

Brady, M., Blogging, Personal Participation in Public Knowledge-building on the Web. in Participating in the knowledge society: Researchers beyond the university walls. R. Finnegan (ed.). Palgrave Macmillan, London, 2005.

Brown, B. and Chalmers, M., Tourism and Mobile Technology, in Proceedings of the Eighth European Conference on Computer Supported Cooperative Work. K. Kuutti and E.H. Karsten (eds). Kluwer Academic Press, Helsinki, 2003, [p. 20], [viewed on 7th July 2009]. URL: http://www.dcs.gla.ac.uk/~barry/papers/TourismECSCWfinal.pdf.

Bush, V., As We May Think. „The Atlantic Monthly”, July 1945.

Flusser, V., Memories [1988], in Ars Electronica Facing the Future. A Survey of Two Decades. T. Druckerey with Ars Electronica (eds). MIT Press and Cambridge, Massachusetts-London, 1999, pp. 202-206.

Gallo, J., Moblogs: The Map of Time. „ZoneZero Magazine”, 2007, [viewed on 14th April 2008]. URL: http://www.zonezero.com/magazine/articles/jgallo/moblogs_time.html.

Gillmor, D., We the Media. Grassroots Journalism by the People, for the People. O’Reilly Media, Sebastopol, 2004.

Hall, J., From Weblog to Moblog. „The Feature Archives”, 2002, [viewed on 14th April 2008]. URL: http://www.thefeaturearchives.com/topic/Media/From_Weblog_to_Moblog.html.

Ito, M. and Okabe, D., Mobile Phones, Japanese Youth, and the Re-placement of Social Contact in Front Stage – Back Stage: Mobile Communication and the Renegotiation of the Social Sphere. Conference in Grimstad, Norway, 22-24 June 2003, [viewed on 31st September 2008]. URL: http://www.itofisher.com/PEOPLE/mito/mobileyouth.pdf.

Java, A., T. Finin, X. Song and B. Tseng, Why We Twitter: Understanding Microblogging Usage and Communities. Procedings of the Joint 9th WEBKDD and 1st SNA-KDD Workshop 2007, University of Maryland, Baltimore County. 12 August 2007, [viewed on 31st May 2008]. URL: http://workshops.socialnetworkanalysis.info/websnakdd2007/papers/submission_21.pdf.

Kerckhove de, D., Connected Intelligence. The Arrival of the Web Society. W. Rowland (ed.). Somerville House, Toronto, 1997.

Koskela, I. and Arminen, I., Attractiveness and Responsiveness of Moblogs, „Observatorio” (OBS*) Journal, no 3, 2007, pp. 77-88.

Lenhart, A. and Fox, S., Twitter and Status Updating. Pew Internet Project Data Memo, 12th February 2009, [viewed on 12th February 2009.]. URL: http://www.pewinternet.org/Reports/2009/Twitter-and-status-updating.aspx?r=1.

Maj, A., Media w podróży. Wydawnictwo Naukowe ExMachina, Katowice, 2010.

Micek, D. and Whitlock, W., Twitter Handbook. How Social Media and Mobile Marketing are Changing the Way we Do the Business and Market Online, MBO Productions, New York, 2008.

Okabe, D., Emergent Social Practices, Situations and Relations through Everyday Camera Phone Use in International Conference on Mobile Communication, Seoul 2004, URL: http://www.itofisher.com/mito/archives/okabe_seoul.pdf.

Personal, Portable, Pedestrian. Mobile Phones in Japanese Life, M. Ito, D. Okabe and M. Matsuda (eds.), Massachusetts 2006.

Stokes, T., Dead Blogs. Cyberspace Filling up with Online, Abandoned Diaries, „Times Daily” [online], 4th June 2007. URL: http://www.timesdaily.com/article/20070604/NEWS/706040314.

Thumb Culture: The Meaning of Mobile Phones for Society, P. Glotz, S. Bertschi and Ch. Locke (eds.), Transcript Verlag, Bielefeld 2005.

Weinberger, D., Everything is Miscellaneous: The Power of the New Digital Disorder. Times Books, New York, 2007.

Paratekstualność, cyborgizacja komunikacji i telefonia mobilna. Konteksty antropologii mediów

Tekst ukazał się jako odrębna publikacja: Anna Maj: Paratekstualność, cyborgizacja komunikacji i telefonia mobilna. Konteksty antropologii mediów. W: Parateksty kina i nowych mediów. O dawnych i współczesnych sposobach doświadczania audiowizualności. Red. A. Gwóźdź. Universitas, Kraków 2010, s. 533-552.

Lunch z cyborgiem

„I WAS BORN human. This was merely to the hand of fate acting at a particular place and time. But while fate made me human, it also gave me the power to do something about it. The ability to change myself, to upgrade my human form with the aid of technology.”[1]

Zdaniem pierwszego cyborga, profesora Kevina Warwicka z Uniwersytetu w Reading technologia udowodniła między innymi to, że ludzka komunikacja za pomocą języka jest bardzo prymitywna — niezbyt wyrafinowana i mało funkcjonalna. Różnicę pomiędzy poziomami komunikowania się cyborgów i ludzi porównuje on do różnicy pomiędzy komunikacją werbalną człowieka i muczeniem krowy [2]. Cyborgi mają porozumiewać się za pomocą impulsów przesyłanych pomiędzy mózgami w czasie rzeczywistym, natychmiastowo i obrazowo odzwierciedlających myśli [3].

Sam Warwick doświadczył takiego rodzaju komunikacji z otoczeniem w 1998 roku, gdy chip umieszczony w jego ramieniu, pozwalał mu na wydawanie komend komputerowi, otwierał drzwi i łączył się z innymi urządzeniami za pomocą fal radiowych. Komunikacja z urządzeniami nie była jednak wystarczająco zadowalająca, po czterech latach Warwick poddał się zatem ponownej operacji, w trakcie której wszczepiono mu drugi chip, znacznie bardziej zaawansowany technologicznie, pozwalający sprawniej komunikować się z komputerem. Podobny chip wszczepiono również jego żonie, co sprawiło, że stali się pierwszą cyberrodziną, która mogła komunikować się poprzez bezpośrednie połączenie układów nerwowych [4]. Taki rodzaj wspartej technologicznie komunikacji zbliża człowieka do porozumiewania się telepatycznego, w pewnym sensie realizując mit o przenikaniu myśli drugiego człowieka i możliwości przejęcia nad nim kontroli. To jednocześnie realizacja snu o doskonałym porozumieniu międzyludzkim, jak i przerażającej wizji o niezauważalnej, lecz perfekcyjnej inwigilacji. Wydaje się jednak, że dystopijny scenariusz nie stanowi przeszkody na drodze rozwoju człowieka w opinii badacza z Reading [5].

Dziś Warwick znerwicowanym rodzicom proponuje chipowanie dzieci, ułatwiające ich lokalizację za pomocą GPS [6]. Tym samym przestajemy rozważać problem cyborgów w kontekście science-fiction, a zaczynamy mieć masowy dostęp do takiej technologii. Przechodzimy też do nowej fazy społeczeństwa, w której nadzór nad naszymi ciałami sprawują inni ludzie za pomocą chipów i nanotechnologii – na przykład nanobotów, które mają nas leczyć i chronić przed wypadkami. Wprawdzie wciąż technologie te pozostają w fazie badań laboratoryjnych, trzeba jednak zauważyć, że już dziś chip prowokuje czasem nie tylko problemy natury etycznej, ale też prawnej, administracyjnej czy zdrowotnej [7]. Chipowaniu poddaje się psy (przewodników niewidomych) czy więźniów, jeśli dołączą do nich dzieci, powstanie nowa grupa – pokolenie cyborgów. Warwick uważa, że cyborgizacja jest nie tyle nieunikniona, co wręcz pożądana – inkorporacja technologii staje się sposobem uprgade’owania człowieka do wyższej fazy rozwoju, przyspieszaniem opieszałego procesu naturalnej ewolucji. Stawia to postać cyborga w nowym świetle – nie można bać się przecież doskonałości.

Odmienną, lecz równie optymistyczną wizję transhumanizmu rozwija Steve Mann, profesor z Uniwersytetu w Toronto, który również uważa się za pierwszego cyborga (choć innego typu). Mann uważa, że ludzkość zmierza dziś ku masowemu, bezpośredniemu podłączeniu do Sieci, a jednocześnie nie wierzy w sens lektury – obrazy bezpośrednio podawane do mózgu poprzez interfejs człowiek-maszyna (w jego wypadku kamera podłączona przez Internet do komputera z odpowiednim oprogramowaniem modyfikującym obrazy i odsyłającym je z powrotem do urządzenia podłączonego do aparatu percepcyjnego człowieka) mają większą wartość niż teksty, których dziś jego zdaniem (oprócz patentów) nikt już nie czyta [8]. Mann wypowiada te słowa, mimo że sam jest autorem kilku książek, m.in. Cyborg, przybliżającej jego ideę cyborgizacji oraz doświadczenia prowadzące go do stworzenia technologii WearComp [9].

Koncepcja cyborgizacji człowieka zdaniem Steve’a Manna polega nie na wszczepianiu chipów do ręki, ale na zapośredniczaniu aparatu percepcyjnego w zewnętrznym systemie komunikacyjnym i urządzeniu podłączonym do Sieci, które określa kształt bodźców docierających do oka i mózgu. Nie chodzi zatem o to, by myśl otwierała drzwi automatyczne a drobny gest uruchamiał zdalnie ekspres do kawy, ale o to, by komputer stanowił rodzaj filtru, maszynę dostępu do świata, wzmacniającą ludzką – czy też raczej humanistyczną – inteligencję (humanistic intelligence). Co ciekawe, takie w zasadzie McLuhanowskie myślenie o cyborgu jako o istocie biologicznej rozszerzonej przez technologię, ma podobno wielu zwolenników. Steve Mann sam określa liczbę cyborgów na około pięćdziesiąt tysięcy [10]. W tym kontekście słowa Kevina Warwicka wydają się mieć zasadnicze znaczenie, nie tyle profetyczne, co diagnostyczne:

„[…] Ludzka komunikacja znajduje się na skraju totalnej rewolucji. Wkrótce będziemy mogli znacznie lepiej korzystać z technologii, która umożliwia wysyłanie i odbieranie milionów wiadomości, równolegle i bezbłędnie. Będziemy posiadać wspólny interfejs (to interface) z maszynami oparty o sygnały. Staniemy się węzłami w technosieci. Będziemy mogli komunikować się z innymi ludźmi jedynie myśląc o nich/do nich (thinking to each other). Mowa, jaką znamy, może stać się anachronizmem.” [11]

Należy tu zauważyć, że interakcja z cyborgiem stanowi nowe istotne wyzwanie dla komunikologii. Jest to bowiem interakcja z człowiekiem zapośredniczona przez komputer, jednak w innym sensie niż ma to miejsce w przypadku, gdy rozmawiamy z człowiekiem poprzez Sieć. Jest to bowiem równocześnie relacja interpersonalna. Mamy tu jednak do czynienia z zapośredniczeniem aparatu percepcyjnego, z minimalnym opóźnieniem reakcji spowodowanym transmisją danych z kamery do komputera, przez Sieć i z powrotem do mózgu. Z drugiej strony rozmówca cyborga nie jest w stanie do końca zrozumieć jego reakcji, nie ma też zupełnie możliwości wyobrażenia sobie pełni bodźców, które docierają do interlokutora. Jest to zatem sytuacja, której nie obejmuje żaden z dotychczas znanych modeli komunikacyjnych.

Lunch z cyborgiem, w którym miałam okazję uczestniczyć, stanowić może zatem pretekst do stworzenia takiego modelu [12]. Czynię to w innym miejscu, na marginesie powyższych rozważań należy jednak dodać, że wielość aspektów związanych z komunikacją zmediatyzowaną, jak i trzy podstawowe warianty sytuacji komunikacyjnych w przypadku cyborgów stanowią kwestię, która wyjątkowo komplikuje próby stworzenia jednego modelu, który opisywałby każdą możliwą sytuację komunikacji w epoce postbiologicznej. Wydaje się jednak, że choć trudno dziś w pełni przewidzieć możliwy rozwój technologii i wynikające zeń warianty zachowań i relacji, warto pokusić się o taką próbę, by uzmysłowić sobie, jak odmienna rzeczywistość komunikacyjna stanie się niebawem naszą codziennością.

Przedstawić pokrótce wypada przynajmniej problemy, z którymi spotyka się taka próba modelowania. Trzeba bowiem uwzględnić po pierwsze różne rodzaje cyborgów – zarówno typ reprezentowany przez Kevina Warwicka, jak i ten, którego przykładem jest Steve Mann. Nic nie wskazuje też na to, by stworzenie innego modelu cyborgizacji było niemożliwe. Istnieje również kilka typów zapośredniczenia medialnego, które należy uwzględnić w modelu. Nie każdy wprawdzie jest cyborgiem, ale prawie każdy używa dziś różnych urządzeń, które zapośredniczają jego kontakt ze światem – najczęściej będzie to oczywiście telefon komórkowy, komputer, aparat fotograficzny i kamera, ale można wziąć pod uwagę również inne media. Wszystkie te urządzenia dodatkowo komplikują sytuację komunikacyjną i model komunikacji cyborgicznej.

Ponadto w modelu komunikacyjnym należy uzwględnić trzy odrębne sytuacje – komunikację cyborg-cyborg, komunikację cyborg-człowiek (lub inna istota biologiczna) i komunikację cyborg-przedmiot (urządzenie, sensor, przedmiot inteligentny, robot lub rzecz). Kolejna kwestia związana z takim modelem to konieczność uwzględnienia warstwy komunikacji interpersonalnej (w tym również warstwy kulturowej i językowej), jak i warstwy technologicznej (technosfery, w tym sposobów wykorzystania sieci telekomunikacyjnych i urządzeń komunikacyjnych, a także systemów zapisu danych i zróżnicowanych sensorów). Już z powyższego wyliczenia wynika, że proces modelowania nie jest prosty.

Inteligentne zęby, buty i… problemy pamięci cyfrowej

Analizując kwestię inteligencji we współczesnym świecie, Michio Kaku dochodzi do wniosku, że przybywa jej wraz z informacją [13]. Badacz utożsamia wręcz te dwa pojęcia. Problemy postępującej cyborgizacji i robotyzacji Kaku postrzega w perspektywie szintoistycznej, według której każdy obiekt posiada w pewnym sensie duszę, nawet kamień czy robot. Tym samym technologia nie wydaje się już przerażająca, a jej inkorporacja do biologicznego ciała nie jest już problemem, jedynie inspirującą możliwością, a nawet potencjalną szansą dla ludzkości.

W wywiadzie dla „Guardiana” Michio Kaku zauważa, że wśród wynalazków jutra mieszczą się niewidzialność, teleportacja w małej skali i telepatia [14]. Jest to bez wątpienia radykalnie pozytywne podejście w sensie oceny możliwości nauki i techniki. Przyszłość, i to niedaleka, może zdaniem badacza oznaczać spełnienie futurologicznych wizji ze Star Treka, a nie kroczenie mroczną drogą do samozagłady gatunku ludzkiego. Fizyk zauważa, że podstawowym problemem współczesności jest jednak jak dotąd przede wszystkim dystrybucja inteligencji. Dotyczy to głównie proliferacji inteligentnych technologii, które nas otaczają. W kontekście kulturowym pytanie budzi oczywiście kwestia, czy wraz z przesunięciem rozumienia pojęcia inteligencji jako mądrości na inteligencję jako przetwarzanie informacji nie popełniamy błędu ewolucyjnego. Ciekawe w tym kontekście okazują się uwagi Warwicka, który snuje wizje przyszłej edukacji jako ładowania cyfrowej pamięci, zintegrowanej z biologiczną:

„Z naszymi mózgami podłączonymi do technologii nie będziemy musieli uczyć się podstaw matematyki. Po co mielibyśmy to czynić, jeśli komputery spełniają to zadanie o wiele lepiej? Nie będziemy musieli niczego pamiętać, ponieważ komputery mają o wiele lepsze możliwości przechowywania danych. Gdy będziemy musieli sobie coś przypomnieć, będziemy jedynie ściągać [download] potrzebne informacje.” [15]

W zasadzie wizja ta wydaje się pozytywnie przedstawiać rozwój człowieka, jednak trudno nie spytać o konsekwencje takiej przemiany procesu kognitywnego. Ma to zasadnicze znaczenie dla przyszłości systemu edukacji, rozwoju rynku pracy czy zmiany roli społecznej rodziny. Rozszerzenie umysłu o technologiczne protezy może bowiem skutkować amputacją inteligencji. Podobnie postrzega ten problem część badaczy, w tym Susan Greenfield czy Nicholas Carr [16]. Greenfield uważa, że zachowania medialne współczesnej młodzieży drastycznie ograniczają jej możliwości intelektualne, zwłaszcza logiczne myślenie, abstrahowanie, rozumienie tekstu i metafor [17]. Carr stwierdza, że wyszukiwarka Google oraz inne współczesne narzędzia nowomedialne zawężają zakres wiedzy współczesnego człowieka i zmniejszają jego niezależność, a tym samym – inteligencję [18]. Można znaleźć jednak i takich naukowców, którzy podobnie jak Warwick pełni są optymizmu co do wzrostu inteligencji związanego z nowymi technologiami, zwłaszcza strategiami mentalnymi powstałymi pod wpływem Internetu i gier komputerowych. Należy do nich między innymi Don Tapscott, który kierując projektem nGenera przebadał ponad 11 tysięcy amerykańskich i kanadyjskich nastolatków oraz studentów, i nie doszukał się w nich oznak, które mogłyby stanowić podstawę do zaniepokojenia, a tym bardziej do głoszenia alarmujących apeli o powrót do dawnych sposobów uczenia się i do tradycyjnej lektury [19].

Problem nie polega jednak na tym, czy człowiek rzeczywiście nie rezygnuje z inteligencji rozumianej jako budowanie elastycznych strategii przetwarzania bodźców w celu zbudowania koherentnego obrazu rzeczywistości (wiemy bowiem, że tak się istotnie dzieje i nie możemy nic na to poradzić), lecz na tym, na ile technologia jest w stanie zapewnić stabilny system archiwizacji i przetwarzania danych o charakterze operacyjnym dla przyszłych pokoleń. Mówiąc inaczej – na ile możemy polegać na technologii, powierzając jej nie tylko dziedzictwo kulturowe, ale i pieczę nad strategiami mentalnymi ludzkości. Idea chipa domózgowego jak na razie nie budzi wprawdzie wielkich emocji poza wąskim kręgiem entuzjastów biotechnologii [20], ale pozostaje to prawdopodobnie jedynie kwestią czasu, odpowiedniego rozwoju technologii i odpowiedniej strategii marketingowej. Już dziś nanotechnologie stały się synonimem postępu i dobra ludzkości.

Towarzyszą im pozytywne konotacje związane z wearable computing (‘ubieralnymi technologiami obliczeniowymi’) [21]. Warto tu wspomnieć, że tego typu technologie pozostając na marginesie zainteresowania społecznego, mimo wszystko niezauważenie zdobyły masowy rynek. Alois Ferscha prowadzi prostą linię od pierwszych prób wearable computing, które polegały na wykorzystaniu przenośnego komputera do manipulacji w kasynie (eksperyment matematyka Edwara Thorpa z 1961 roku) i późniejszych o dwadzieścia lat prób autocyborgizacji Steve’a Manna, po dzisiejsze wykorzystanie przez ponad połowę ludzkości telefonii komórkowej [22].

Telefon komórkowy często bywa postrzegany właśnie jako przenośne narzędzie, które uczyniło z ludzi cyborgów w sensie może nie dosłownym, ale funkcjonalnym. Do pewnego stopnia dzisiejszy telefon komórkowy jest rzeczywiście spełnieniem marzeń Steve’a Manna z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych o urządzeniu, które umożliwiałoby prowadzenie lifelogu i byłoby filtrem, przez który postrzegać moglibyśmy świat i przez który bylibyśmy w stanie się z nim komunikować. Bez wątpienia, jeśli jakieś przenośne urządzenie spełnia te funkcje – jest nim właśnie telefon. Może nie wszyscy użytkownicy to już doceniają, ale większość telefonów nowej generacji takie rozszerzone możliwości posiada.

Dalszym krokiem w rozwoju telefonii mobilnej ma być połączenie osiągnięć nanotechnologii (dotyczy to zwłaszcza wykorzystywanych materiałów) i telefonii. Prawdopodobny scenariusz takiej konwergencji przedstawia z powodzeniem Nokia w serii animacji dotyczących formy przyszłych telefonów, które zamieniają się w razie potrzeby w element garderoby, notatnik czy zegarek [23]. Projekt Nokia Morph jednoznacznie wskazuje na postępującą konwergencję mediów i przedmiotów codziennego użytku, zwłaszcza konwergencję urządzeń telekomunikacyjnych z ubraniami.

W tym sensie telefonia komórkowa wraz z możliwościami multimedialnymi współczesnych urządzeń tego typu staje się po prostu funkcją dodaną do garderoby (ale też odwrotnie: ubranie staje się nowym interfejsem do Sieci). Tym samym zupełnie nowego znaczenia nabiera powiedzenie McLuhana, że w dobie elektryczności cała ludzkość staje się naszą skórą [24]. Wydaje się, że rację ma Derrick de Kerckhove pisząc, że dotyk jest dziś najważniejszym zmysłem [25]. Płynność formy nowych technologii staje się zwodnicza – ważna jest ich wszechobecność, niezauważalność, paratekstualność. Telefon przyszłości może zatem być równie dobrze funkcją kurtki, zegarka, okularów, jak i może zostać zintegrowany z butami (jak w wypadku Cabboots Martina Freya), protezą ukrytą w ciele czy implantem dentystycznym w szczęce. Oko (a może i percypujący podmiot) staje się dodatkiem do technologii. Ciało może stać się bowiem jedynie paratekstem funkcjonującego w nim i dzięki jego energii hipermedium.

Należy się również zastanowić nad tym, w jaki sposób omawiana zmiana technologiczna wpływa na funkcjonowanie mózgu, na procesy mentalne związane z absorbcją bodźców oraz ich selekcją, przetwarzaniem i magazynowaniem. Wiąże się to z powstawaniem pamięci cyfrowej i nowych warunków jej kulturowego wytwarzania [26]. Dodatkowo należy pamiętać, że cyborgi są wrażliwe, choć w inny sposób niż ludzie. Oznacza to, że nie do końca jeszcze jesteśmy w stanie przewidzieć, jakie dane w jakich warunkach mogą ulec degradacji, a nawet utracie, choćby pod wpływem działania zmiennych warunków atmosferycznych czy w wyniku awarii.

Trzeba też dodać, że percepcja cyborgiczna rodzi nowe kwestie, o których wcześniej nie mogło być mowy. Steve Mann mówi między innymi o zjawisku bolesnego odłączenia od technicznego wspomagania aparatu percepcji – metaforę tę zobrazował w projekcie My Manager poprzez dodanie transformatora do komputera, do którego sam był podpięty [27]. Ból odłączenia mózgu cyborga od Internetu był w tym wypadku skorelowany z wyzwoleniem wysokiego napięcia, które raziło jego biologiczne ciało. Mann nazwał to zjawisko Painful Disconnect. Oczywiście była to część performance’u Manna, który miał polegać na uzmysłowieniu ludziom związku pomiędzy usieciowionym umysłem i ciałem cyborga (podobnie jak analogiczne działania Stelarca w owym czasie). Mann dowodzi wręcz, że celowe skazanie cyborga na odłączenie powinno być traktowane jako naruszenie jego praw człowieka [28]. Prowadzi to do refleksji nad uzależnieniem biologicznego mózgu cyborga (hardware’u) od technologicznej nakładki (software’u).

Podobne objawy zauważa się dziś u części mikroblogerów, którzy po odłączeniu telefonu (albo w razie jego awarii czy wyładowania baterii) stają się nerwowi, a nawet w skrajnych przypadkach rzeczywiście cierpią [29]. Było to powodem, dla którego powstał specjalny serwis, który zbiera tweety, które z powodu awarii Twittera, nie mogły zostać opublikowane [30].

Można jednak tak głębokie (i masowe) zaangażowanie w ten mikroblog postrzegać nie jako uzależnienie, ale jako akceptację nowej przestrzeni działań komunikacyjnych. Wiele wydarzeń – w tym katastrofy naturalne (jak huragan Katrina czy trzęsienie ziemi w Chinach), przełomowe wydarzenia polityczne (jak wybory prezydenckie w USA i w Iranie), czy niezwykłe wypadki (jak lądowanie samolotu w rzece Hudson czy atak na hotel w Bombaju) – pokazało, że Twitter jest doskonałym narzędziem dziennikarskim, pozwalającym na komunikację nie tylko o charakterze prywatnym, ale też społecznym, biznesowym czy politycznym [31].

Interesującym komentarzem do wzrastającej roli Twittera jest projekt Jensa Wunderlinga Default to Public [32]. Praca ukazuje zwodniczość poczucia prywatności, jaką daje mikroblog jako forma komunikacji sieciowej. Dekonstrukcja tego poczucia prywatności dokonuje się na dwa sposoby: poprzez „uwalnianie” tweetów w formie analogowych wydruków (część pracy nazwana ‘wyciekiem tweetów’ – tweetleak), które można odebrać w kawiarni internetowej w centrum Berlina oraz w postaci informacji upublicznionej poprzez wyświetlenie tweetów na ekranie wystawionym w oknie berlińskiej galerii (część pracy o nazwie ‘ekran tweetów’ – tweetscreen). Oczywiście projekt ten można odnieść także do innych narzędzi mikroblogerskich, moblogerskich czy geoblogerskich. Wszystkie one znoszą granicę pomiędzy przestrzenią prywatną i publiczną, podobnie jak czyni to telefon komórkowy. Tweety stają się zatem wraz z innymi informacjami o charakterze aktualizacji statusu blogerów zarazem powodem nowego typu technopochodnej nerwicy, jak i wyzwalaczem nowego typu percepcji – rozproszonej daleko bardziej niż ta, którą opisywał niegdyś Walter Benjamin.

Nieustanna chęć aktualizacji statusu, połączona z natychmiastową lokalizacją i precyzyjnym adresowaniem treści (personalizacją przekazu), kreują nową sytuację komunikacyjną. Wymaga ona podwójnego zaangażowania – zarówno w działania i komunikację w świecie fizycznym, jak i w komunikację sieciową. Przestrzeń miejska nabiera wymiaru rzeczywistości rozszerzonej, nieustannie jest bowiem inkrustowana treściami z Sieci (zwłaszcza w połączeniu z innymi działaniami, które związane są z wykorzystaniem telefonu komórkowego i dostępu do Internetu, takimi jak wyszukiwanie informacji, oglądanie filmów, przeglądanie stron internetowych, zdjęć, dokumentów, granie w gry online, etc.). Tweety stają się nową warstwą komunikacji codziennej, podobnie jak treści o charakterze rzeczywistości rozszerzonej (AR) nawarstwiają się na tkance miasta [33]. Istotne aspekty tego usieciowienia w kontekście inteligencji kolektywnej i kwestii kreatywności opisuje Roy Ascott.

„Być połączonym w sieci [to network] to być zaangażowanym w zdalny umysł, wzmacniać myśl i wyobraźnię jednostki poprzez dynamiczną interakcję z innymi w sieci. W tym wypadku „inni” to sztuczne inteligencje, czujące systemy i archiwa pamięci, tak samo, jak – oczywiście – ludzkie istoty o niezwykle szerokiej różnorodności kontekstów osobistych i kulturowych. To właśnie poprzez komputerowe usieciowienie możemy sobie twórczo poradzić z relatywizmem i pluralizmem […].” [34]

Kilka pytań o parateksty i telefonię

Współczesne tendencje technologiczne powiązane z przemianami komunikacyjnymi sprawiają, że mówimy dziś o kulturze konwergencji. Jest to kultura, w której dominującym medium jest komputer, czyli hipermedium. Telefon komórkowy w zasadzie już dawno przestał być telefonem, stając się odmianą komputera. Mając to na uwadze, refleksję nad paratekstualnością w kontekście telefonii mobilnej należałoby rozpocząć od podstawowego pytania: czy telefon komórkowy jest medium paratekstualnym? Kwestia ta wiąże się jednocześnie z szerokim rozumieniem samego terminu ‘paratekst’.

Telefon bowiem sam w sobie może być rozumiany jako paratekst codzienności. Może być także analizowany jako przedmiot o charakterze współczesnych marginaliów – o funkcji i znaczeniu zarówno marginalnym, jak i centralnym zarazem, na poziomie użytkownika, jak i kultury w ogóle [35]. Jednak takie podstawowe, hardware’owe rozumienie medium nie wyczerpuje jego możliwości. Telefon komórkowy jest przecież także medium, które otwiera się na cały szereg paratekstów – w tym znaczeniu, że rozmowa telefoniczna, która rozumiana jest powszechnie jako podstawowy element komunikacji poprzez telefon, a zarazem stanowi podstawową funkcjonalność komórki, nie wyczerpuje możliwości zastosowań medium. Jeżeli zatem rozmowę telefoniczną rozumieć jako tekst główny, to wszelkie inne formy komunikacji są paratekstami telefonicznymi. Wystarczy pomyśleć o SMS, MMS, połączeniu z Internetem czy innymi usługami dostępnymi w każdym telefonie.
Paratekst można jednak rozumieć także jako coś marginalnego, a zarazem ujawniającego informacje o autorze – a zatem w kontekście telefonii takimi formami będą przede wszystkim: mikroblog, moblog, podcasty i videocasty czy geotagowanie przestrzeni.

Pojęcie paratekstualności zawiera w sobie także inne znaczenie: „obok” tekstualności. W odniesieniu do telefonii komórkowej są to zatem te elementy, które wykraczają poza tekstowość (a w zasadzie poza parole), a zatem to wszystko, co mieści się w kategorii audiowizualności. Paradoksalnie SMS może być tu rozumiany także jako forma audiowizualna, choć zarazem tekstowa. Prezentacja tekstu na ekranie nadaje mu jednak cechy wizualne, możliwość zastosowania czytnika ekranu – audialne. A zatem tekst w telefonii staje się jednocześnie czymś „obok” tekstu, czy „poza” tekstem.

Warto również zwrócić uwagę na fakt, że status paratekstów w telefonii komórkowej jest paradoksalny: stanowiąc teksty „obok”, budują jednocześnie podstawę jej modelu odbiorczego, a przez to modyfikują zachowania komunikacyjne charakterystyczne dla społeczeństwa informacyjnego. Trzeba zauważyć, że współczesny użytkownik telefonii komórkowej, zwłaszcza aparatów nowej generacji, korzysta w równym stopniu z ich cech telefonicznych, jak i multimedialnych. Coraz częściej wręcz główny akcent użytkowania pada na funkcje poboczne, paratekstualne z punktu widzenia operatora. Łączenie się z serwisami internetowymi, zwłaszcza z usługami typu Web 2.0, czyli z serwisami społecznościowymi, blogosferą czy wiki, a także mikroblogowanie, społeczne oznaczanie treści, tworzenie publicznych zakładek, granie w gry online i wymiana plików różnego typu w sieciach P2P na zasadzie sharismu, stanowią dziś, obok użytkowania poczty elektronicznej, komunikatorów i wykorzystywania funkcji odtwarzacza MP3, najczęstszy sposób korzystania ze smartfonów.

Radykalny ruch rewolucjonizujący rynek usług telefonii komórkowej wykonała firma Apple, która na początku 2007 roku zaproponowała klientom zupełnie nowe podejście do telefonu komórkowego jako urządzenia, które może stać się supergadżetem – połączeniem telefonu, iPoda, palmtopa, odbiornika GPS, aparatu fotograficznego i wielu innych funkcji – w zależności od potrzeb klienta. Warto na marginesie dodać, że iPhone był pierwszym telefonem komórkowym, na temat którego powstawały mityczne opowieści, a nawet fałszywe filmy reklamowe, w których przyszli użytkownicy usiłowali przewidzieć jego design. Technologia staje się zatem centralnym punktem, wokół którego współczesne społeczności budują swoje opowieści, co z perspektywy folkloroznawstwa z pewnością stanowi interesującą nową sytuację.

W kontekście badań medioznawczych ważniejsze jednak jest to, że nie tylko design aparatu Apple’a był diametralnie odmienny od poprzedzających go modeli innych producentów, ale też to, że iPhone był pierwszym telefonem, który został wypuszczony na rynek w wersji otwartej (ale nie: wolnej) – w tym sensie, że towarzyszyły mu tysiące aplikacji rozszerzających jego funkcjonalność, które można było (i można nadal) ściągnąć z Sieci, dedykowanych właśnie dla tego urządzenia. Oznacza to, że w przeciwieństwie do konkurencji, iPhone jest urządzeniem rozszerzalnym praktycznie w nieskończoność. Na początku 2010 roku, czyli dokładnie trzy lata po wejściu iPhone’a na rynek, w ramach spotkań MacWorld Steve Jobs ogłosił światu rozmiary sukcesu tej nowej strategii biznesowej. W ciągu wspomnianych trzech lat Apple zanotowało trzy miliardy ściągnięć aplikacji wybranych przez użytkowników spośród 140.000 programów dedykowanych na iPhone’a i dostępnych w App Store [36]. Oczywiście dostępność tego typu aplikacji wiąże się z umiejętnością firmy wykorzystywania oddolnej kreatywności użytkowników. Prezentując iPhone’a w 2007 roku publiczności Steve Jobs otwarcie przyznawał, że firma opiera się na wykorzystaniu merytokracji jako modelu społeczeństwa [37]. A zatem każdy, kto chce zostać programistą powiązanym pośrednio z Apple, może to uczynić. Oczywiście taki model nie zakłada dowolnego tworzenia oprogramowania, ale podporządkowanie się licencji i wytycznym Apple. Nie każda aplikacja jest umieszczana w App Store. Jednak potencjalnie każdy developer posiada taką szansę. Nie może zatem dziwić fakt, że po trzech latach od wprowadzenia produktu na rynek trudno byłoby wyliczyć wszystkie aplikacje stworzone z myślą o iPhone’ie. Właśnie dzięki wykorzystaniu nośnej idei merytokracji i zastosowaniu strategii „ograniczonej otwartości” żaden inny telefon nie posiada dziś tak rozbudowanej funkcjonalności, ani tak szerokiej bazy aplikacji jak iPhone [38].

Właśnie to sprawia, że iPhone jest konstrukcją paratekstualną per se. Może być urządzeniem do lokalizacji użytkownika, blogowania, oglądania YouTube, czytania tekstów i witryn internetowych, ale też zwierciadłem wody, na którym można tworzyć fale, albo okaryną, na której moża grać melodie i porównywać je z innymi, tworzonymi właśnie przez użytkowników telefonu w innych częściach świata. Oczywiście wyliczenie takie można by kontynuować bardzo długo, w zależności od zainteresowań i kompetencji użytkownika. Ważna jest jednak potencjalna nieskończoność zastosowań, otwartość na personalizację i potrzeby użytkownika (customization), zgodnie z wymogami pokolenia Sieci, zauważonymi przez Dona Tapscotta [39].

Można zatem powiedzieć, że funkcja telefonu jest w iPhone’ie marginalna, może właśnie paratekstualna. Widać to nawet w jego designie, który zbliża urządzenie do czarnej skrzynki – tajemniczej formuły, która nie pozwala przypuszczać, że jest telefonem. Wiele osób, które widzą go pierwszy raz, nie widzi w nim telefonu. Trudno rozpoznać tę funkcję w urządzeniu, które posiada jeden guzik, nie ma klawiatury, a jedynie ekran. Co ciekawe, osoby, które często z urządzenia korzystają również przestają funkcję telefonu postrzegać jako najważniejszą. David Pogue już we wstępie swego podręcznika zauważa, że powiedzenie o iPhone’ie, że jest telefonem, to dla niego obelga [40]. Pomijając interesujący skądinąd wątek antropomorfizujący urządzenie, należy zauważyć, że sytuacja, gdy na pierwszej stronie podręcznika użytkownika telefonu pojawia się takie stwierdzenie, jest co najmniej paradoksalna, a nawet bezprecedensowa.

Telefon staje się zatem dodatkiem do innych funkcji urządzenia, mimo tego, że właśnie ta funkcja wciąż oficjalnie decyduje o kategoryzacji urządzenia w sensie marketingowym. Z drugiej strony, gdy aparat jest jedynie rozbudowanym pojemnikiem na aplikacje różnego typu, można stwierdzić, że urządzenie jest interfejsem do Sieci i ściąganych z niej aplikacji. Telefon komórkowy staje się zatem rodzajem paratekstu samej Sieci.

Warto postawić pytanie o charakter tej komunikacji, skoro sieć komórkową można w tym kontekście postrzegać jako uzupełnienie sieci internetowej, a komunikację telefoniczną jako szczególny przypadek komunikacji poprzez Sieć. Należy też zastanowić się, czy w istocie technologie mobilne wyzwalają nowy rodzaj aktywności komunikacyjnej (drugi obieg, ubiquitous networked communication, parakomunikację), czy też jest to jedynie totalne uwolnienie relacji międzyludzkich od determinant przestrzennych.

Można też spojrzeć na komunikację usieciowioną poprzez pryzmat sieci nomadycznych. Wprawdzie wszechobecność sieci Wi-Fi pozostaje jeszcze nie do końca spełnionym snem o ubiquitous networked society, ale z pewnością przybliża jego nadejście i umożliwi jego sprawne funkcjonowanie. Sieć dostarczana bezprzewodowo wytwarza bowiem rodzaj informacyjnej kapsuły – kreuje przestrzeń usieciowioną, która jest w istocie niewidzialną warstwą tagów i paratekstów. Wi-Fi sprawia, że aktywuje się wirtualna warstwa przestrzeni miejskiej (zwłaszcza), która otacza tkankę urbanistyczną. Telefon jako urządzenie marginalne, ale podstawowe w sensie komunikacyjnej praxis, daje dostęp do tej drugiej warstwy, która ma charakter podskórny, niewidoczny, a jednocześnie rozszerza wiedzę o tej pierwszej, usprawnia nawigowanie w niej i rozwiązuje problemy, z którymi użytkownik telefonu spotyka się w przestrzeni miejskiej.

W kontekście rozwoju współczesnych interfejsów telefonicznych i projektowanego kierunku przemian urządzeń mobilnych w urządzenia wieloplatformowe, wielofunkcyjne i metamorficzne pod względem formy – warto dodać, że paratekstualność telefonu wydaje się ważnym wątkiem, który może wiązać się z przemianami komunikacji zapośredniczonej medialnie w komunikację o charakterze ukrytego zapośredniczenia. Paratekstualność dotyczy również wykorzystania biotechnologii do wspomnianego upgrade’owania człowieka do formy cyborga. Rozszerzanie ciała za pomocą ekstensji w postaci chipów różnych generacji czy aparatury rozszerzającej biologiczny aparat percepcyjny człowieka również ma charakter działania, które przynieść może nie tyle rewolucję w sensie przemiany naszego cielesnego hardware’u, ale przede wszystkim przemianę jakościową software’u – naszego umysłu i jego procesów mentalnych, zwłaszcza przemianę kognicji i pamięci.

Warto jednak przy okazji zapytać, czy ciało stanie się dla człowieka także swoistym paratekstem. Mikrochip wrośnięty w ciało (wtapiający się weń), który pozwala nam podświadomie, a przynajmniej submięśniowo oddziaływać na przedmioty i urządzenia, które nas otaczają, a co więcej – komunikować się z innymi ludźmi, sprawia przecież, że ciało wydaje się jedynie koniecznym doń dodatkiem. Przed laty Derrick de Kerckhove rozważając kwestię wirtualnej i realnej osoby i tożsamości, zdystansował się wobec marzeń Hansa Moravca o totalnym usieciowieniu i dematerializacji ciała człowieka [41]. De Kerckhove uważa, że cielesność ma jednak swoje ważne zalety i konstatuje, że sam nie zamieniłby jej na wirtualność. Wypada się zgodzić, nawet jeśli te zalety z punktu widzenia codziennej komunikacji z maszynami, a może nawet z częścią ludzi-cyborgów, będą wydawały się marginalne czy paratekstualne.

Dziś wprawdzie patrzymy na wytwory biotechnologii i nanotechnologii jak na parateksty życia biologicznego – jednak nic nie stoi na przeszkodzie, by było odwrotnie. To ciało stanie się paratekstem technologii, paratekstem Sieci. A jednak, wciąż zapewne pozostaną wśród cyborgów tacy, którzy z pewną nostalgią będą wspominać zalety czystej, naturalnej, ekologicznej biologiczności, która była kiedyś tekstem, a nie paratekstem.

W teorii Gérarda Gennete’a paratekst w odniesieniu do książki to każdy dodatek do tekstu poczyniony przez redaktorów, korektorów, składaczy czy drukarzy. Stopka redakcyjna, wstęp czy przedmowa są przykładami paratekstu, ale jest nim także tytuł dzieła, okładka wraz z elementami opisowymi i graficznymi. Można zatem powiedzieć, że parateksty tworzą „interfejs” książki. W odniesieniu do współczesnego człowieka z całą pewnością takim paratekstem jest technologia, powiązana z ciałem jedynie częściowo – jak telefon, słuchawka czy iPod – lub całkowicie – jak chipy czy protezy. Tekstem pozostaje wciąż ciało człowieka wyposażone we własny genetyczny „alfabet”. Rozszerzanie ciała za pomocą technologii jest zatem podobne procesowi redakcji tekstu – to swoiste nadawanie mu kształtu wizualnego, formowanie, dostosowywanie go – do okoliczności, epoki, czytelników, to rodzaj dodawania nowego interfejsu do ciała.

Nie można zapominać, czemu służy proces redakcji – to przekształcanie tekstu poprzez uzupełnianie go swoistymi glossami i przepracowywanie sensów i formy tekstu, służące polepszeniu procesu komunikacji pomiędzy autorem i czytelnikiem. Jeśli potraktować to jako paralelę, technologia staje się dziś narzędziem, za pomocą którego coraz częściej budujemy swój interfejs komunikacyjny. Nie każdy czyni to w tak radykalny sposób jak Steve Mann czy Kevin Warwick, jednak proces ten jest analogiczny do ich działań. Technologia ułatwia życie naszym ciałom i ukierunkowuje nasz aparat percepcyjny na nowe doznania, informacje i cele, modelując również nasze umysły. Paratekstualność technologii mobilnych staje się zatem stopniowo podstawowym doświadczeniem ludzkim. Jednak wciąż ważniejszy od stopki redakcyjnej jest sam tekst – technologia wciąż jest uzupełnieniem, choć coraz częściej niezbędnym, tekstu, jakim jest sam człowiek.

Przypisy:
[1] K. Warwick: I, Cyborg. Illinois 2004, s. 1.
[2] K. Warwick, op. cit., s. 3. oraz Infonomia: Cyborg Life: Kevin Warwick, 14th April 2008 .
[3] K. Warwick: A Study in Cyborgs. Cibersimulaçao. Ciberscopio, Coimbra 2003, s. 3. URL: http://www.ciberscopio.net.
[4] K. Warwick: Cyborg Life…, op. cit.
[5] Warwick dostrzega zagrożenie Orwellowską rzeczywistością spod znaku Wielkiego Brata, zauważa jednak, że trudno ocenić jego prawdopodobieństwo. Badacz dostrzega też pewną trudność metodologiczną – będąc osobiście zaangażowany w eksperyment (własnym ciałem i umysłem), nie może obiektywnie ocenić tej kwestii, a jedynie opisać swe pozytywne odczucia względem działania chipu. Por. K. Warwick: A Study in Cyborgs, op. cit., s. 5.
[6] Matrixcutter: Kevin Warwick encouraging a scared mother to chip her little girl. 17th February 2010 .
[7] Zwraca na tę kwestię uwagę również sam Kevin Warwick w swych książkach i artykułach. Por. np. K. Warwick: A Study in Cyborgs, op. cit., s. 11; a także: K. Warwick: Cyborg moral, cyborg values, cyborg ethics. “Ethics and Information Technology” September 2003, Vol. 5, no. 3, s. 131-137. URL: http://aarquitecturadopecado.files.wordpress.com/2006/03/fulltext.pdf.
[8] Informacje podaję na podstawie rozmów prywatnych ze Stevem Mannem, prowadzonych w Toronto w lipcu 2009. Materiał niepublikowany, nagranie dźwiękowe, archiwum autorki.
[9] S. Mann, H. Niedzviecki: Cyborg: Digital Destiny and Human Possibility in the Age of the Wearable Computer. Toronto 2002.
[10] Rozmowa ze Stevem Mannem, por. przypis nr 8.
[11] K. Warwick: I, Cyborg, op. cit., s. 3.
[12] Mowa o modelu komunikacji cyborgicznej, który przedstawiam w innym miejscu. Por. A. Maj: Intelligent shoes, smart teeth and lunch with cyborg. Anthropological reflections on the change of communication paradigm. In: Visions of Humanity in Cyberculture, Cyberspace and Science Fiction. Conference proceedings. Ed. D. Riha. Inter-disciplinary Net. Oxford, 11th-13th July 2010. URL: http://www.inter-disciplinary.net/critical-issues/cyber/visions-of-humanity.
[13] Visions of the Future. The Intelligence Revolution. Reż. Michio Kaku. Seria dokumentalna BBC, 2007.
[14] Science Weekly with Michio Kaku: Impossibility is relative. Interview with Michio Kaku by Alok Jha. “Guardian. Science Weekly” [podcast 15th June 2009, pozyskano: 12 lutego 2010]. URL: http://www.guardian.co.uk/science/audio/2009/jun/11/michio-kaku-physics-impossible.
[15] K. Warwick: I, Cyborg, op. cit., s. 4.
[16] Więcej na ten temat por. A. Maj: Twittering and Globalhood. Further Reflections on Digital Memories. In: Digital Memories. Ed. D. Riha, A. Maj. Oxford [w druku].
[17] Baroness Susan Greenfield on the Dangers of Social Networking [wykład, video]. Festival of Dangerous Ideas. ABD Fora. Ideas, Talks, Debates. Sydney 12th October 2009, In: Australian Policy Online [pozyskano 20 stycznia 2010]. URL: http://www.apo.org.au/video/baroness-susan-greenfield-dangers-social-networking.
[18] N. Carr: Is Google Making Us Stupid? “The Athlantic Monthly”, July-August 2008, [Online] [pozyskano 20 stycznia 2010]. URL: http://www.theatlantic.com/magazine/archive/2008/07/is-google-making-us-stupid/6868/.
[19] D. Tapscott: Grown up Digital. How the Net Generation is Changing Your World. New York et al. 2009, s. 97-119.
[20] Oczywiście odrębną kwestię stanowi temat rozwoju bioinżynierii w kontekście technologii wspomagających (assistive technologies) osoby dotknięte chorobami (np. po wypadku) oraz dysfunkcjami percepcyjnymi. Por. A. Maj, M. Derda-Nowakowski: Anthropology of Accessibility. Further Reflections on the Perceptual Problems of Human-Computer Interactions. In: Emerging Practices in Cyberculture and Social Networking. Ed. D. Riha, A. Maj. Oxford 2010.
[21] Por. omówienie problemu cyborgizacji w kontekście transformacji ciała, mody i pojęcia wirtualności w kulturze oraz wyliczenie technologii zaliczanych do wearable IT: M. Szwed-Kasperek: Postbiologiczne technociała: od ciała cyborga do ciała wirtualnego. W: Estetyka wirtualności. Red. M. Ostrowicki. Kraków 2005, s. 430.
[22] A. Ferscha: Wearable IT. How Much Technology Can Humankind Bear? In: Human Nature. Ars Electronica 2009. Ed. G. Stocker, Ch. Schopf. Linz 2009, s. 308.
[23] Buddesign: Nokia Morph Concept (long). 25th February 2008 . URL: http://www.youtube.com/watch?v=IX-gTobCJHs&feature=fvw.
[24] M. McLuhan: Understanding Media. The Extensions of Man. Introduction L.H. Lapham. Massachusetts 1994, s. 47.
[25] D. de Kerckhove: Umysł dotyku. Obraz, ciało, taktylność, fotografia. W: Kody McLuhana. Topografia nowych mediów. Red. A. Maj, M. Derda-Nowakowski, z udziałem D. de Kerckhove’a. Wydawnictwo Naukowe ExMachina, Katowice 2009, s. 45-51.
[26] Por. Digital Memories. Exploring Critical Issues. Eds. A. Maj, D. Riha. Oxford 2009 [eBook opublikowany w serwisie Inter-disciplinary.net. URL: http://www.inter-disciplinary.net/wp-content/uploads/2009/12/DigMem-1.3d.pdf].
[27] S. Mann: Humanistic Intelligence. (1997) In: Ars Electronica Facing the Future. A Survey of Two Decades. Eds. T. Druckerey with Ars Electronica. Cambridge (MA)-London 1999, s. 422.
[28] Ibidem, s. 423.
[29] Zabawny komentarz do tej kwestii proponują autorzy Twitter Handbook – Deborah Micek i Warren Whitlock. Por. CoachDeb: Twitter Addict / TwitAholic. 7th June 2008 ; oraz: D. Micek, W. Whitlock: Twitter Handbook. How Social Media and Mobile Marketing are Changing the Way We Do the Business and Market Online. New York 2008.
[30] Twiddict. URL: http://www.twiddict.com/login.
[31] Por. A. Maj: Digital Memories of High-Tech Tourists and Travelling Media. In: Digital Memories. Exploring Critical Issues. Ed. A. Maj, D. Riha. Inter-Disciplinary Press, Oxford 2009 [eBook opublikowany w serwisie Inter-disciplinary.net. URL: http://www.inter-disciplinary.net/wp-content/uploads/2009/12/DigMem-1.3d.pdf].
[32] J. Wunderling: Default to Public. URL: http://www.defaulttopublic.net.
[33] Por. A. Maj: Media w podróży. Katowice 2010.
[34] R. Ascott: Gesamtdatenwerk: Connectivity, Transformation and Transcendence. (1989) In: Ars Electronica Facing the Future. A Survey of Two Decades. Eds. T. Druckerey with Ars Electronica. Cambridge (MA)-London 1999, s. 87.
[35] Szerzej na ten temat pisałam w innym miejscu: A. Maj: Keitai ― marginalia jako sens komunikacji. „Kultura Współczesna” 2008, nr 4 (58), s. 117-127.
[36] S. Jobs: Apple Special Event, January 2010. Macworld 2010 – Steve Jobs Introducing iPad [podcast, pozyskano 20 stycznia 2010]. URL: http://events.apple.com.edgesuite.net/1001q3f8hhr/event/index.html.
[37] S. Jobs: Macworld San Francisco 2007. Steve Jobs Introducing iPhone [podcast, pozyskano 20 stycznia 2007]. URL: http://www.apple.com/quicktime/qtv/mwsf07/.
[38] Oczywiście nie jest to model open source, a zatem trudno mówić tu o otwartości w pełni znaczenia tego słowa. Z drugiej strony nieustanne rozszerzanie bazy sprawia, że urządzenie to zdobywa nowych użytkowników, mimo początkowych problemów, które wiązały się z dosyć istotnymi brakami (np. brakiem funkcji: kopiuj-wklej, którą w owym czasie posiadały już inne smartfony).
[39] D. Tapscott: Grown up Digital…, op. cit., s. 73-96.
[40] D. Pogue: IPhone 3G. Nieoficjalny podręcznik. Przeł. G. Werner. Helion, Gliwice 2009, s. 13.
[41] D. de Kerckhove: Inteligencja otwarta. Narodziny społeczeństwa sieciowego. Przeł. A. Hildebrandt. Warszawa 2001, s.64.

Bibliografia:

Ascott Roy: Gesamtdatenwerk: Connectivity, Transformation and Transcendence. (1989) In: Ars Electronica Facing the Future. A Survey of Two Decades. Eds. T. Druckerey with Ars Electronica. Cambridge (MA)-London 1999, s. 86-89.
Baroness Susan Greenfield on the Dangers of Social Networking [wykład, video]. Festival of Dangerous Ideas. ABD Fora. Ideas, Talks, Debates. Sydney 12th October 2009, In: Australian Policy Online [pozyskano 20 stycznia 2010]. URL: http://www.apo.org.au/video/baroness-susan-greenfield-dangers-social-networking.
Buddesign: Nokia Morph Concept (long). 25th February 2008 . URL: http://www.youtube.com/watch?v=IX-gTobCJHs&feature=fvw.
Carr Nicholas: Is Google Making Us Stupid? “The Athlantic Monthly”, July-August 2008, [Online] [pozyskano 20 stycznia 2010]. URL: http://www.theatlantic.com/magazine/archive/2008/07/is-google-making-us-stupid/6868/.
CoachDeb: Twitter Addict / TwitAholic. 7th June 2008 .
Digital Memories. Exploring Critical Issues. Ed. A. Maj, D. Riha. Inter-Disciplinary Press, Oxford 2009 [eBook opublikowany w serwisie Inter-disciplinary.net. URL: http://www.inter-disciplinary.net/wp-content/uploads/2009/12/DigMem-1.3d.pdf].
Ferscha Alois: Wearable IT. How Much Technology Can Humankind Bear? In: Human Nature. Ars Electronica 2009. Ed. G. Stocker, Ch. Schopf. Linz, Hatje Cantz 2009, s. 308-309.
Infonomia: Cyborg Life: Kevin Warwick, 14th April 2008 .
Jobs Steve: Apple Special Event, January 2010. Macworld 2010. Steve Jobs Introducing iPad. [podcast, pozyskano 20 stycznia 2010]. URL: http://events.apple.com.edgesuite.net/1001q3f8hhr/event/index.html.
Jobs Steve: Macworld San Francisco 2007. Steve Jobs Introducing iPhone. [podcast, pozyskano 20 stycznia 2007]. URL: http://www.apple.com/quicktime/qtv/mwsf07/.
Kaku Michio: Visions of the Future. The Intelligence Revolution. Seria dokumentalna BBC, 2007.
Kerckhove de Derrick: Inteligencja otwarta. Narodziny społeczeństwa sieciowego. Przeł. A. Hildebrandt. Mikom, Warszawa 2001.
Kerckhove de Derrick: Umysł dotyku. Obraz, ciało, taktylność, fotografia. W: Kody McLuhana. Topografia nowych mediów. Red. A. Maj, M. Derda-Nowakowski, z udziałem D. de Kerckhove’a. Wydawnictwo Naukowe ExMachina, Katowice 2009, s. 45-51.
Maj Anna, Derda-Nowakowski Michał: Anthropology of Accessibility. Further Reflections on the Perceptual Problems of Human-Computer Interactions. In: Emerging Practices in Cyberculture and Social Networking. Ed. D. Riha, A. Maj. Inter-Disciplinary Press, Global Interdisciplinary Research Studies series, Oxford [w druku].
Maj Anna, Derda-Nowakowski Michał: Wywiad ze Stevem Mannem (niepublikowany). Toronto, lipiec 2009.
Maj Anna: Digital Memories of High-Tech Tourists and Travelling Media. In: Digital Memories. Exploring Critical Issues. Ed. A. Maj, D. Riha. Inter-Disciplinary Press, Oxford 2009 [eBook opublikowany w serwisie Inter-disciplinary.net. URL: http://www.inter-disciplinary.net/wp-content/uploads/2009/12/DigMem-1.3d.pdf].
Maj Anna: Intelligent shoes, smart teeth and lunch with cyborg. Anthropological reflections on the change of communication paradigm. In: Visions of Humanity in Cyberculture, Cyberspace and Science Fiction. Conference proceedings. Ed. D. Riha. Inter-disciplinary Net. Oxford, 11th-13th July 2010. URL: http://www.inter-disciplinary.net/critical-issues/cyber/visions-of-humanity.
Maj Anna: Keitai ― marginalia jako sens komunikacji. „Kultura Współczesna” 2008, nr 4 (58), s. 117-127.
Maj Anna: Media w podróży. Wydawnictwo Naukowe ExMachina, Katowice 2010.
Mann Steve, Niedzviecki Hal: Cyborg: Digital Destiny and Human Possibility in the Age of the Wearable Computer. Random House – Anchor Canada, Toronto 2002.
Mann Steve: Humanistic Intelligence. (1997) In: Ars Electronica Facing the Future. A Survey of Two Decades. Eds. T. Druckerey with Ars Electronica. MIT Press, Cambridge (MA)-London 1999, s. 420-427.
Matrixcutter: Kevin Warwick encouraging a scared mother to chip her little girl. 17th February 2010 .
McLuhan Marshall: Understanding Media. The Extensions of Man. Introduction L.H. Lapham. MIT, Massachusetts 1994.
Micek Deborah, Whitlock Warren: Twitter Handbook. How Social Media and Mobile Marketing are Changing the Way We Do the Business and Market Online. MBO Productions, New York 2008.
Pogue David: IPhone 3G. Nieoficjalny podręcznik. Przeł. G. Werner. Helion, Gliwice 2009.
Science Weekly with Michio Kaku: Impossibility is relative. Interview with Michio Kaku by Alok Jha. “Guardian. Science Weekly” [podcast 15th June 2009, pozyskano: 12 lutego 2010]. URL: http://www.guardian.co.uk/science/audio/2009/jun/11/michio-kaku-physics-impossible.
Szwed-Kasperek Małgorzata: Postbiologiczne technociała: od ciała cyborga do ciała wirtualnego. W: Estetyka wirtualności. Red. M. Ostrowicki. Universitas, Kraków 2005, s. 430.
Tapscott Don: Grown up Digital. How the Net Generation is Changing Your World. McGrow Hill, New York et al. 2009.
Twiddict. URL: http://www.twiddict.com/login.
Warwick Kevin: A Study in Cyborgs. Cibersimulaçao. Ciberscopio, Coimbra 2003. URL: http://www.ciberscopio.net.
Warwick Kevin: Cyborg moral, cyborg values, cyborg ethics. “Ethics and Information Technology” September 2003, Vol. 5, no. 3, s. 131-137. URL: http://aarquitecturadopecado.files.wordpress.com/2006/03/fulltext.pdf.
Warwick Kevin: I, Cyborg. University of Illinois Press, Illinois 2004.
Wunderling Jens: Default to Public. URL: http://www.defaulttopublic.net.

Dziennikarstwo społeczne jako nowy trend w kulturze

Artykuł został wygłoszony w formie referatu w czasie konferencji Gatunki dziennikarskie w Internecie, organizowanej przez Uniwersytet Jagielloński, w dniach 3-4 czerwca 2008. Tekst ukazał się w publikacji: Gatunki dziennikarskie w Internecie. Red. K. Wolny-Zmorzyński, W. Furman. Seria: Edukacja medialna/podręcznik akademicki. WAiP, Warszawa 2010.

Dziennikarstwo społeczne, które wraz z rozwojem blogosfery przeżywa rozkwit, implikuje nieodwołalną zmianę paradygmatu transmisji wiedzy w społeczeństwie. Zauważyć można znaczną demokratyzację dostępu do wiedzy oraz przemianę dotychczasowych konsumentów informacji w prosumentów. Wraz z masowym szturmem użytkowników Internetu i dobrowolnym ― ale też samowolnym ― przyjęciem na siebie przez społeczeństwo roli dawniej zarezerwowanej dla dziennikarzy, redaktorów i innych gatekeeperów, dokonało się istotne przesunięcie w sferze dystrybucji informacji w społeczeństwie, które spowodowało kryzys dotychczasowego dyskursu wiedzy-władzy, związanego z tradycyjnymi mediami i masowym modelem komunikacyjnym. Przy okazji wykształcił się nowy model dziennikarstwa ― dziennikarstwo oddolne (grassroots journalism), społeczne (social journalism) czy też obywatelskie (citizen journalism).

Dan Gillmor, autor książki We the Media. Grassroots Journalism by the People, for the People (2004), rewolucję w sferze mediów nazywa przejściem „od dziennikarstwa jako wykładu do dziennikarstwa jako rozmowy lub seminarium” [1]. Zauważa on, że zarówno dziennikarze, jak i wydawcy oraz ekspubliczność muszą przystosować się do nowych warunków funkcjonowania informacji w obrębie globalnych, natychmiastowych i społecznych mediów elektronicznych. Co więcej ― każda z grup może na tych zmianach skorzystać. Niektórzy blogerzy pełniący funkcję dziennikarzy społecznych mogą stać się profesjonalistami, a zatem mogą dzielić autorytet dziennikarzy mainstreamowych (vide przypadek Glenna Reynoldsa i jego blogu Instapundit). Z drugiej strony, dla dziennikarzy profesjonalnych aktywni odbiorcy, którzy sami dostarczają na bieżąco informacje stanowią cenne źródło – to nowy rodzaj informatorów. Wymaga to jednak pewnej pokory – świadomości, że czytelnik bywa osobą lepiej poinformowaną i ekspertem. Konstatacje Gillmora można podsumować następująco: powstanie dziennikarstwa obywatelskiego sprzyja pluralizacji opinii i heterogenizacji (a właściwie de-homogenizacji) dziennikarstwa korporacyjnego, a przez to – uwolnieniu przepływu informacji w społeczeństwie.

Koncepcja Gillmora wpisuje się w dyskurs wolnościowy obecny w Sieci od samych jej początków. Eric Steven Raymond, lider ruchu open source, postrzega Internet jako medium oferujące nowy model tworzenia treści ― oprócz sprawdzonego w kulturze modelu budownicznych katedr, czyli indywidualnej twórczości wymagającej specjalistycznej wiedzy i idei tworzących się w umysłach genialnych wizjonerów ― alternatywny model hałaśliwego bazaru, który wymaga ożywionej dyskusji tłumów, kooperacji wielu jednostek, wymiany opinii, idei, a czasem także popełniania błędów [2]. W takim hałasie i chaosie powstał, ku pierwotnemu zdziwieniu Raymonda, m.in. system operacyjny Linux w rozbudowanej formie. Podejście Linusa Torvaldsa okazało się rzeczywiście rewolucyjne ― opublikowanie jądra systemu (otwarcie kodu) i zachęta do jego ulepszania, jaką Torvalds wystosował do wszystkich zainteresowanych programowaniem użytkowników, stały się początkiem nowego podejścia do treści elektronicznych i wyzwoliły energię społeczną, która w efekcie spowodowała powstanie wielu ruchów wolnościowych. Autor jądra systemu przyznaje po latach, że nie przewidywał aż tak dużej popularności systemu, marzył raczej o zaangażowaniu potencjalnie stu osób, a nie miliona [3]. Richard Stallman, twórca idei GNU, Free Software Foundation i ruchu free software, uważa, że dzielenie się oprogramowaniem jest tak fundamentalnie naturalnie związane z komputerami, jak dzielenie się przepisami kuchennymi ― z gotowaniem [4]. Podsumowuje on historię ruchu free software jako nieustanne starania o osiągnięcie i dzielenie podstawowego dobra ― wolności, której nie utożsamia z z darmowością oprogramowania i treści, ale z wolnością twórczą, wolnością użycia danych kodów i treści, wolnością przekształcania. Bliski jest w tym idei Lessiga i jego rozumienia wolnej kultury [5].

Wszystkie te idee funkcjonujące w środowisku sieciowym, począwszy od tzw. Prawa Linusa (dotyczącego idei monitoringu społecznego jako skutecznego sposobu rozwiązywania problemów technicznych; prawo to nazwane zostało w ten sposób przez Erica S. Raymonda w Bazarze i katedrze) i ideologii pierwszych społeczności programistów z początku lat siedemdziesiątych, aż po dzisiejszy ruch Creative Commons, open source czy Electronic Frontier Foundation, zbudowały podwaliny dyskursu przejętego dziś przez miliony internautów, uczestniczących w samorzutnym, może nawet „wirusowym” tworzeniu się sieciowego społeczeństwa obywatelskiego, budującego komunikacyjną tkankę blogosfery, aktywnie uczestniczącego w kreowaniu nowych, zdecentralizowanych i społecznych mediów, dzięki takim strategiom, jak dziennikarstwo oddolne. Ruch ten ma oczywiście, tak jak i wolność, swoich krytyków ― zwolenników kontrolowanego dystrybuowania treści w społeczeństwie i korporacyjnych mediów, przyrównujących każdy wspólnotowy wysiłek internautów do bezmyślnego stukania w klawiaturę stada małp [6].

Strategia społecznego monitoringu (mediów, treści, kodów etc.) dowodzi jednak swojej skuteczności. Prawo Linusa działa i sprzyja rozwojowi zarówno technologii, jak i kultury. Model komunikacji opartej na konwersacji (dialogu i polilogu) zaczyna dominować nad tradycyjnym modelem komunikacji masowej. Właśnie tak postrzegają istotę Internetu jako medium twórcy Manifestu Cluetrain (1999), który stał się podstawą globalnej redefinicji istoty bizesu w Sieci. Manifest rozpoczyna się znaczącym passusem, który warto przytoczyć w kontekście analizy zjawiska dziennikarstwa oddolnego, jako, że odzwierciedla podejście, które można by nazwać rozumieniem Sieci 2.0:

A może rzeczywistej atrakcji Internetu nie stanowią różne bajery, ekscytujący interfejs czy wszystko to, co składa się na zaawansowaną technologię leżącą u podstaw jego kabli i przewodów? A jeśli atrakcją jest atawistyczny powrót do odwiecznej fascynacji człowieka snuciem opowieści? Pięć tysięcy lat temu plac targowy był centrum cywilizacji, miejscem, do którego kupcy przybywali z odległych krajów, wioząc egzotyczne przyprawy, jedwabie, małpy, papugi, szlachetne kamienie ― i znakomite opowieści. Pod wieloma względami Internet bardziej przypomina starożytny bazar niż model biznesu, jaki usiłują narzucić mu firmy. Miliony ludzi zaczęły korzystać z Sieci w niewiarygodnie krótkim czasie nie dlatego, że była przyjazna dla użytkownika (bo nie była), lecz dlatego, że wydawała się oferować pewną niepojętą jakość, która dawno temu znikła ze współczesnego życia. Internet ― w odróżnieniu od wyobcowania, sprokurowanego przez środki masowego przekazu, wysterylizowaną „kulturę” masową i narzuconą anonimowość biurokratycznych organizacji ― połączył ludzi ze sobą i zapewnił przestrzeń, w której głos ludzki został nagle ponownie odkryty.[7]

Twórcy Manifestu Cluetrain podkreślają, że Sieć to rozmowy oraz ― że rynki to rozmowy. Nowy model biznesowy w Internecie powinien opierać się właśnie na chęci komunikacji prawdziwych ludzi, a nie zdehumanizowanych korporacyjnych robotów. Ale idea rozmowy, którą podchwycił biznes 2.0, dotyczy także mediów, które chcąc przetrwać, muszą ― podobnie jak biznes ― nauczyć się komunikować ze społeczeństwem. A zatem, w dziennikarstwie oddolnym i w reakcji na nie dziennikarstwa mainstreamowego można dopatrywać się realizacji idei ponownej humanizacji mediów.

O tym, jak wielka jest skala potrzeb w tym względzie pośrednio świadczy rozmiar blogosfery ― choć oczywiście trudno zrównywać ją z dziennikarstwem społecznym, stanowi ono ważny prąd wśród blogerów, co więcej ― grassroots journalism uzewnętrznia się głównie poprzez blogosferę. Analizy Technorati wskazują, jak wielka może być skala tej globalnej potrzeby konwersacji. W raporcie Davida Sifry’ego z kwietnia 2007 roku pada liczba 70 mln blogów rejestrowanych przez Technorati [8]. Należy jednak pamiętać, że znaczna część z nich to blogi martwe, opuszczone przez autorów i nie edytowane od ponad trzech miesięcy [9]. Dodatkowo, zgodnie z szacunkami Sifry’ego, około 10 % blogów to tzw. splogi, czyli spam blogi, generowane automatycznie przez złośliwe boty. W lipcu 2008 można znaleźć już dane wskazujące na liczbę 112,8 mln blogów [10], tworzących organizm World Live Web, czyli globalnej blogosfery. Zgodnie z danymi Technorati z 2007 roku każdego dnia tworzone jest ponad 120 tysięcy blogów oraz 1,5 mln postów, przy czym w czasie szczególnie dramatycznych wydarzeń społecznych i politycznych (zwłaszcza nasilenia działań wojennych i katastrof naturalnych) zaobserwować można nasilenie aktywności blogerskiej. Maksymalne wartości obserwowano podczas takich wydarzeń jak tsunami w Azji, huragan Katrina, konflikty w Izraelu czy wybory prezydenckie w USA oraz wybory parlamentarne w Iraku. W czasie takich kryzysowych chwil w blogosferze pojawia się aż do 17 nowych postów na sekundę. Warto dodać, że większość z nich ma charakter dziennikarski. Wprawdzie wśród samych blogerów można spotkać głosy (chętnie podchwytywane przez media mainstreamowe), że badania Technorati przeceniają wartość blogosfery ― jak dotąd są to jednak najpełniejsze badania na ten temat.

Na marginesie warto przedstawić obraz językowej reprezentacji treści w World Live Web [11]. Dominujące języki blogosfery to japoński (37 %) oraz angielski (36 %), trzy kolejne znaczące to chiński (8 %) oraz włoski i hiszpański (ok. 3 %). Wskazuje to na wysoki udział języków globalnych (angielski i hiszpański), ale też na znaczący udział języków lokalnych, którymi posługują się rozwinięte społeczeństwa informacyjne (zwłaszcza japońskie). Może to wskazywać, że rozwój blogosfery i dziennikarstwa oddolnego będzie w przyszłości zależał od nasilającego się pod wpływem nowych technologii rozwoju struktur odpowiedzialności obywatelskiej manifestującej się poprzez działania o charakterze komunikacji zmediatyzowanej. Zgodne jest to z przewidywaniami i polityką ideologiczną wiodącego na rynku japońskim koncernu DoCoMo, promującego rozwój społeczeństwa usieciowionego (ubiquitous networked society) [12].

Warto zastanowić się nad cechami tego społeczeństwa przyszłości, które uwidaczniają się obecnie poprzez takie działania, jak dziennikarstwo społeczne. Cechy dziennikarstwa oddolnego ściśle splatają się z charakterystyką blogów jako gatunku komunikacji internetowej. Należy zgodzić się tu z Markiem Bradym, że blogi można postrzegać nie tylko jako rodzaj dziennika czy pamiętnika, ale także jako spersonalizowany system wyszukiwawczy o charakterze publicznym i prywatnym zarazem:

Jednym z pierwszych sposobów użycia blogów było doprowadzenie czytelników do interesujących miejsc w Sieci. Ten sposób użycia nie zmienił się do dzisiejszego dnia, a blogi są używane jako filtry, za pomocą których można zobaczyć zbiory informacji na dany temat, pomijając często informacje irrelewantne. […] Gdy ludzie używają Internetu do badania poszczególnych tematów, takie repozytoria są użytecznymi punktami węzłowymi, oferującymi dostępny zbiór i syntezę wiedzy, które stanowią ważny aspekt poszukiwań.[13]

Blogowanie jest zatem ściśle powiązane z dzieleniem się wiedzą, doświadczeniem i opiniami. Autor zauważa często pomijany w dyskursie naukowym fakt, że wielu blogerów jest profesjonalistami w różnych dziedzinach i dzięki temu poszerzany jest także obieg wiedzy eksperckiej [14]. Kwestionuje tym samym opinię o dylatantyzmie blogerów. Można tu mówić jednak nie tylko ― jak Brady ― o dyskusji społecznej, ale wręcz o dobrowolnym audycie społecznym idei i wynalazków, a także otwartym forum wymiany opinii na temat faktów społecznych i medialnych. Tego rodzaju dyskusja dotyczy spraw najbardziej wątpliwych we współczesnych społeczeństwach opartych na wiedzy i informacji ― dotyczy bowiem negocjowania znaczenia informacji i pośrednio, choć niekoniecznie zamierzenie, sprzyja podwyższaniu powszechnej świadomości społecznej dotyczącej rodzaju i charakteru dyskursu polityczno-medialnego, wyzwala pokłady powątpiewania ważnego z punktu widzenia dyskursu wiedzy-władzy. Blogosfera staje się rzeczywiście piątą władzą, w tym sensie, że poddaje pod dyskusję pewniki, którymi dystrybuujący sensy darzą społeczeństwo za pomocą strategii ideologicznych oraz środków masowego przekazu.

Blogi służą przede wszystkim dyskusji. Na społeczny wymiar blogów zwracają uwagę liczni autorzy, m.in. Inka Koskela i Illka Arminen, którzy analizują moblogi (mobile blog), tworzone za pomocą przenośnych urządzeń [15]:

Gdy Justin Hall po raz pierwszy wprowadził ideę moblogu, przeciwstawił ją weblogowi. Weblog uważał za zapis podróży po Sieci, podczas gdy moblog był dlań zapisem podróży po świecie. Co ciekawe, profesor nowych mediów Julian Gallo, opisując swoje doświadczenia jako użytkownika, wspominał, że po wysłaniu zdjęć do swojego moblogu odczuwał, że nie tworzy ani albumu fotograficznego, ani weblogu, ale wizualną mapę z danymi opisującymi, gdzie był i co widział. Podczas gdy komunikacja z użyciem blogu generalnie zaciemnia ideę tego, co prywatne i publiczne, indywidualne i grupowe, prawdziwe i fikcyjne (wg MacDougalla), moblog odwrotnie ― poszerza ideę dzielonego z innymi natychmiastowego doświadczenia. Bardzo charakterystyczna dla moblogowania jest natychmiastowość, jako że umożliwia ona wysyłanie w mgnieniu oka osobistych spojrzeń na świat dookoła oraz dzielenie się tymi doświadczeniami za pomocą komunikowania się z innymi ludźmi.[16]

Moblogi stanowią zatem szczególnie przydatny z punktu widzenia dziennikarstwa oddolnego i jego wiarygodności gatunek sieciowy. Służą relacjonowaniu zdarzeń, ich transmisji w czasie rzeczywistym. Moblogi wykorzystywane są nie tylko przez indywidualnych blogerów, ale także przez portale służące promowaniu dziennikarstwa oddolnego, które pozostają często pod kontrolą mediów mainstreamowych (np. Media Regionalne, m.in. MM Silesia). Forma moblogów sprzyja natychmiastowości komunikatu i jego ilustracji wizualnej (multimedia) oraz skrótowości.

Koskela i Arminen wyróżniają cztery typy moblogów ze względu na dwa podstawowe elementy ― zdolność do przyciągnięcia odbiorców (attractiveness) i dialogiczność (responsiveness) [17]. Wyróżnione typy moblogów posiadają odmienne funkcje ze względu na rodzaj wywoływanej interakcji. Funkcją pierwszego typu jest przechowywanie danych (store), drugiego ― dzielenie się (share), trzeciego ― publikowanie (publish), a czwartego ― komunikowanie się (communicate) [18]. Jedynie ostatni typ to blog w pełni dialogiczny, pozwalający komunikować się dużej grupie zainteresowanych (jest on zarówno atrakcyjny, jak i wyzwala chęć prowadzenia dyskusji). Do tego typu należy większość najpopularniejszych blogów, wytwarzających społeczność dyskutującą na dany temat. Blog typu komunikacyjnego to podstawowy gatunek wykorzystywany przez dziennikarzy oddolnych.

Zjawisko to wiąże się z powstawaniem nowych autorytetów lokalnych, których oddziaływanie nie ogranicza się jedynie do blogosfery. Najpopularniejsi blogerzy, skupiający społeczność często tysięcy czytelników i dyskutantów to nowe elity medialne, których sądy często są komentowane przez media tradycyjne czy polityków. Ich wypowiedzi dotyczą najczęściej także ważnych społecznie, politycznie i etycznie problemów. Zgodnie z badaniami sieci przeprowadzonymi w Carnegie Mellon University, pod względem modelu rozchodzenia się informacji blogosfera przypomina sieć dystrybucji wody w mieście [19]. Najbardziej popularne blogi wyznaczają wspólne tematy, o których dyskutuje następnie prawie cała blogosfera. Znaczna część blogów powiela newsy, które najpierw pojawiają się w najbardziej znaczących blogach, takich jak Instapundit.com. Badacze zdołali określić, jakie blogi należy czytać, by najlepiej i najszybciej zostać poinformowanym o istotnych problemach. Spośród 45 tysięcy przebadanych blogów, dzięki specjalnemu algorytmowi wyznaczono 100 najpełniej informujących (most informative) blogów, które w istocie można postrzegać jako najbardziej wpływowe ośrodki wiedzy w blogosferze [20]. Można mowić zatem o wytwarzaniu się jądra informacyjnego w World Live Web. Jest to proces dynamiczny, wskazuje jednak na fundamentalne wartości: efektywność wyszukiwania informacji, ekonomizacja procesu lektury oraz zaufanie społeczne ograniczone do gatekeeperów. Mimo rewolucyjności, dziennikarstwo oddolne nie różni się, jak widać, od ideałów dziennikarstwa mainstreamowego. Wyróżnia je jednak dialogiczny proces komunikacji, na którym zasadza się zaufanie społeczne i dystansowanie się od wpływów politycznych oraz biznesowych ― może jednak ulec to z czasem zmianie.

PRZYPISY:

[1] D. Gillmor: We the Media. Grassroots Journalism by the People, for the People. Sebastopol 2004, [eBook], s. xiii. URL:<http://oreilly.com/catalog/9780596007331/book/index.csp> .
[2] E.S. Raymond: The Cathedral and the Bazaar, 2000, s. 2. URL: <http://www.jus.uio.no/sisu/the_cathedral_and_the_bazaar.eric_s_raymond>.
[3] L. Torvalds: The Linux Edge, [w:] Open Sources: Voices from the Open Source Revolution, red. Ch. Di Bona, S. Ockman, M. Stone, Sebastopol 1999, [br. nr str., eBook], URL: <http://oreilly.com/catalog/opensources/book/linus.html>.
[4] R. Stallman: The GNU Operating System and the Free Software Movement, [w:] Open Sources: Voices…, [br. nr str., eBook], URL: <http://oreilly.com/catalog/opensources/book/stallman.html>.
[5] L. Lessig: Wolna kultura, przekład zbiorowy, Warszawa 2005.
[6] A. Keen: Kult amatora. Jak Internet niszczy kulturę, przeł. M. Bernatowicz, K. Topolska-Gharini, Warszawa 2007, s. 27.
[7] F. Levine, Ch. Locke, D. Searls, D. Weinberger: Manifest Cluetrain. Koniec ery tradycyjnego biznesu, przeł. K. Thomas, M. Cichy, Warszawa 2000, s. xxiii.
[8] D. Sifry: The State of the Live Web, April 2007 [w:] Sifry’s Alerts [blog], 5 April 2007, URL: <http://www.sifry.com/alerts/archives/000493.html>.
[9] K. Burton: Technorati’s Numbers are Wrong, [w:] Kevin Burton’s NEW FeedBlog, 8 August 2006 [blog], URL: <http://feedblog.org/2006/08/08/technoratis-numbers-are-wrong>.
[10] Dane wg Technorati 2008 [nieoficjalne statystyki], przytoczone za Chilibean: The state of the SA blogosphere, [w:] Chilibean. New media news and views, 5 May 2008 [blog], URL: <http://chilibean.co.za/2008/05/05/the-state-of-the-sa-blogosphere>.
[11] Sifry, op. cit.
[12] A. Maj: Media w podróży, Katowice 2008.
[13] M. Brady: Blogging, Personal Participation in Public Knowledge-Building on the Web. Colchester 2005, s. 8, URL: <www.essex.ac.uk/chimera/publications.html>.
[14] Ibidem.
[15] I. Koskela, I. Arminen: Attractiveness and Responsiveness of Moblogs, „Observatorio (OBS*) Journal” 2007, nr 3, s. 73-91.
[16] Ibidem, s. 74-75.
[17] Ibidem, s. 77.
[18] Ibidem, s. 77-88.
[19] J. Leskovec, A. Krause, C. Guestrin, Ch. Faloutsos, J. Van Briesen, N. Glance: Cost-effective Outbreak Detection in Networks, CASCADES project, School of Computer Science, Carnegie Mellon University 2007, URL: <http://www.cs.cmu.edu/~jure/pubs/detect-kdd07.pdf>.
[20] Ibidem.

Folksonomia jako nowy model wiedzy. Komunikacyjne i kulturowe aspekty Web 2.0

Artykuł został wygłoszony w formie referatu na konferencji: Com.unikowanie w zmieniającym się społeczeństwie, organizowanej przez Uniwersytet Jagielloński, w dniach 26-27 czerwca 2008. Tekst został oddany do druku w tomie pokonferencyjnym [w druku].

Rok 2006 był rokiem niezwykłym. Było to czas:

[…] wspólnoty i współpracy na niespotykaną dotąd skalę. To historia kosmicznego kompendium wiedzy Wikipedii i ludzkiej sieci miliona kanałów YouTube i sieciowego metropolis MySpace. To historia wielu, wyciągających władzę z rąk nielicznych, pomagających sobie nawzajem, za darmo. Zmieni to nie tylko świat, ale też sam sposób, w jaki zmienia się śwat. […] Web 2.0 zbiera głupotę tłumów, jak i ich mądrość […] Ale to właśnie czyni ją interesującą. Web 2.0 jest masowym eksperymentem społecznym. (Grossman 2006)

Można spierać się o istotę i ukryte cele tego eksperymentu zaplanowanego w Silicon Valley, jak również o to, czy jest to działanie ekonomiczne i marketingowe ― czy raczej z zakresu psychologii tłumu i zarządzania zasobami ludzkimi na skalę globalną. Zjawisko to ma zarówno swoich zwolenników, jak i zagorzałych krytyków (Lessig 2005, Keen 2007).

Zanim stało się globalnym ruchem społecznym, dwa lata wcześniej, w 2004 roku zostało zaobserwowane ― lub też, jak chcą krytycy, cynicznie zaplanowane i wypromowane ― przez Tima O’Reilly’ego, Dale’a Dougherty’ego i Johna Battelle’a, czy szerzej korporację O’Reilly Media, organizatora słynnej konferencji, na której wprowadzono pojęcie „Web 2.0” do globalnego obiegu. Termin odnosił się do szeregu zjawisk z zakresu usług internetowych i charakteryzował przedsiębiorstwa, które nie poddały się dotkomowej bańce finansowej, albo też były jej pozytywnym pośrednim rezultatem (O’Reilly 2005). Zjawiska, które kryły się za terminem Web 2.0, takie jak umożliwienie internautom darmowego generowania i publikowania treści w Internecie, dostosowanie usług sieciowych do potrzeb użytkowników oraz angażowanie ich w interakcję z dostawcami usług, zmieniły powszechne społeczne i biznesowe rozumienie Sieci, a przy okazji sam Internet. I choć usługi tego typu istniały w Sieci od dłuższego czasu, opisywane przemiany nabrały tempa po roku 2004, osiągając w przełomowym roku 2006 zainteresowanie ze strony milionów użytkowników. Wtedy właśnie, zgodnie z ideologią O’Reilly Media, użytkownik stał się głównym aktorem sieciowej komunikacji, twórcą i dostarczycielem treści, opiniodawcą i doradcą, a nawet ― dziennikarzem i autorytetem lokalnym na skalę globalną.

Mimo niezwykłej popularności trendów klasyfikowanych jako Web 2.0 oraz tego typu usług, problemem nadal pozostaje precyzyjna definicja terminu Web 2.0, mimo propozycji Tima O’Reilly’ego (2005). Interesujące wnioski związane z kwestią terminologiczną przedstawiają autorki raportu przygotowanego dla Pew Internet & American Life Project w znaczącym roku 2006:

Pisarze i analitycy technologii poświęcili w istocie niezliczone godziny na meta-pracę dotyczącą wykorzystywania aplikacji Web 2.0 (blogów, wiki, podcastów etc.), aby przedyskutować i i rozwinąć definicję terminu. A jednak nadal nie osiągnięto konsensusu w kwestii, gdzie kończy się 1.0, a zaczyna 2.0. Czy na przykład grupy usenetowe, które oparte są na treściach generowanych przez użytkowników (user-generated content), ale nie wymagają koniecznie dostępu przez klienta Sieci, powinny być uznawane za 1.0 czy 2.0? W pewnym sensie, nie ma znaczenia czy wyznaczony cel był złudny, czy też, że niektórzy sprytni sprzedawcy po prostu wykorzystują hasło, aby zdystansować się do porażek firm Web 1.0. Fakt, że termin poddawany był ciągłym zmianom znaczenia i wielu różnym interpretacjom jest znakiem jego użyteczności. Taka jest natura tej bestii konceptualnej [conceptual beast] wieku cyfrowego i jednego z bardziej wymownych przykładów tego, co czynią aplikacje Web 2.0: zastępują autorytatywną wagę tradycyjnych instytucji wzrastającą mądrością tłumów. (Madden & Fox 2006, s. 1-2)

Minęły dwa lata od czasu, gdy „Time” docenił internautów i powstał powyższy raport Pew Internet. Popularność serwisów typu Web 2.0 wciąż wzrasta, choć można widzieć w tym procesie „efekt śnieżnej kuli”, zaprojektowany przez marketing koncernów telekomunikacyjnych, i ożywiony przez wywołany przezeń marketing szeptany, a nie ― świadomy ruch obywatelski internautów. Web 2.0 przyciąga zarówno użytkowników, jak i ― coraz częściej ― badaczy procesów społecznych. Dotyczy praktycznie wszystkich dziedzin życia, zwłaszcza takich, które ― jak na przykład turystyka ― związane są z wyszukiwaniem informacji, zarówno nieoficjalnych, jak i komercyjnych (Maj 2008). Warto przyjrzeć się bliżej omawianym tendencjom i zapytać o skutki kulturowe rozwoju Sieci partycypacji, rekomendacji, folksonomii, „wikinomii” (Tapscott & Williams 2007) i wikiwiedzy.

W badaniach wykorzystania Internetu przez społeczeństwo amerykańskie prowadzonych na przestrzeni ostatnich lat przez Pew Internet & American Life Project dostrzec można wzrastającą aktywność użytkowników, związaną z kreatywnym wykorzystaniem potencjału Web 2.0, polegającym nie tylko na amatorskiej twórczości i tworzeniu sieci społecznych, ale także na funkcjonalizacji Web 2.0 w postaci biznesu, edukacji czy indywidualnych poszukiwań określonych informacji. Internet traktowany jest jako źródło wiedzy naukowej, czy też medium pomagające rozwiązywać problemy (źródło pierwszej pomocy w kwestiach zdrowotnych, biznesowych, informacyjnych etc.). W badaniach Pew Internet ze stycznia i lutego 2006 roku 87 % respondentów wskazało, że Internet stanowi dla nich główne narzędzie badawcze, 34 % badanych przyznało, że przede wszystkim w Sieci szuka informacji naukowych, a 67 % uznało, że gdyby potrzebowało takiej informacji ― szukałoby jej najpierw w Sieci (Horrigan 2006, s. 3-4). Wzrost wpływu społecznego tendencji związanych z Web 2.0 widoczny jest zwłaszcza w aktywności nastolatków, którzy traktują Sieć przede wszystkim jako środowisko interakcji społecznej i publikacji własnej twórczości, a zatem forum autoprezentacji i ekspresji. Zauważono przy tym wyraźny wzrost popularności w tej grupie serwisów typu user-generated content ― w 2007 roku korzystało z nich 64 % amerykańskich nastoletnich internautów, którzy stanowią 93 % ogółu nastolatków w USA (Lenhart, Madden, Macgill, Smith 2007, s. 2). Raporty dotyczące dorosłych użytkowników Sieci wskazują, że trend nie ominął również starszych pokoleń, nawet w wieku postprodukcyjnym. Jak wskazują Madden i Fox, opierając się na ilościowych analizach komparatystycznych dokonanych przez firmę badawczą Hitwise, zmiana z Web 1.0 na Web 2.0 nie dotyczy czynności i celów wykorzystywania Sieci, ale polega na „uspołecznieniu” serwisów oferujących określone usługi i na wykorzystaniu tradycyjnych sposobów użycia Sieci, takich jak wzmacnianie więzi społecznych (Madden & Fox 2006, s. 3-5).

Zastanawiając się nad podstawowymi dla współczesnej Sieci kwestiami społecznej transmisji znaczeń i rozwoju nowych strategii komunikacyjnych, w tym takich, które modelują i redefiniują znaczące dla kultury pojęcia „wiedzy”, „inteligencji”, „mądrości” i „autorytetu”, warto wrócić do korzeni idei Web 2.0, wyznaczonych przez O’Reilly’ego w szczegółowej analizie tranformacji medium. W perspektywie antropologicznej istotną cechą Web 2.0 jest zwłaszcza „zbieranie zbiorowej inteligencji” (O’Reilly 2005, s. 2-3). Oznacza to przede wszystkim oddanie inicjatywy w ręce użytkowników ― konsumentów, którzy generują treści serwisów ― stając się tym samym prosumentami. To ilość i jakość hiperlinków (Google PageRank, blogosfera), ilość znaczników nadanych przez użytkowników (Flickr, Del.icio.us, Blogger etc.) czy popularność danych treści (YouTube, Vimeo, DotSub, Overmundo, Blogger, WordPress, MySpace etc.), produktu (eBay, Amazon, Hostelworld etc.), oprogramowania (zwłaszcza open source) czy serwisu (Wikipedia, Wikitravel, Couchsurfing etc.) decydują o jego wartości. O’Reilly zauważa, że usługi Web 2.0 nie potrzebują marketingu, wykorzystują bowiem społeczną popularność i rekomendacje usług, serwisów i produktów, dokonywane dobrowolnie przez użytkowników. „Kluczem do dominacji rynku w erze Web 2.0 jest sieć, będąca efektem udziału użytkowników.” (O’Reilly 2005, s. 2)

Serwisy społecznościowe, takie jak MySpace, FaceBook, Bebo, YouTube, Flickr, Digg i inne, umożliwiają nie tylko komunikację, ale przede wszystkim prezentację i publikację indywidualnych profili i kreacji różnych treści ― a zatem implikują społeczną interakcję i tworzenie więzi społecznych w oparciu o podobieństwa profilu psychologicznego, gustów i zainteresowań. Nowa formuła serwisów rozszerza możliwość kreowania i redagowania treści przez użytkowników, wymuszając aktywizację w sferze komercyjnej, wykorzystując potencjał partycypacji i sprawnie zamieniając ruch w serwisie na dochody. Z drugiej strony Web 2.0 zmusza działające w Internecie firmy do weryfikacji własnej polityki dostarczania informacji i otwarcia się na opinię publiczną. Skala społecznego zainteresowania usługą, produktem czy marką, a także ocena wystawiana przez użytkowników w procesie peer review decyduje o biznesowym krachu lub sukcesie.

Dla użytkownika Web 2.0 oznacza natomiast przejście od percepcji stron prywatnych (trudnych do edycji) do aktywnego blogowania (prostej edycji wpisów). Pośrednio chodzi także o przejście od taksonomii do folksonomii ― waga informacji zależna jest nie od decyzji odgórnych czy logiki systemowej, lecz od poszczególnych wyborów użytkowników, ich subiektywnych preferencji oraz sposobów kategoryzacji wiedzy. Istotna staje się opinia innych użytkowników-konsumentów na temat usług i produktów oraz ich ocena (system rekomendacji i peer review) lub samo ulotne zainteresowanie, które zostaje symbolicznie „zamrożone” (popularność i „przepływ wokół produktu” ― jak nazywa to Amazon ― stanowią miernik sukcesu produktu). Mowa tu o „mądrości tłumów” i o dynamizacji procesu dostępu do informacji (RSS) oraz egalitaryzmie w dostępie do wiedzy i społecznej kreacji znaczeń (wiki).

Folksonomia jako system klasyfikacji i kategoryzacji wiedzy wydaje się stanowić przeciwieństwo taksonomii. Znaczniki nadawane w procesie social bookmarking, social tagging i social networking stanowią zarazem prywatne, jak i społeczne sposoby porządkowania świata sensów, metody negocjacji znaczeń i elementy gry społecznej. Specyficzne działania związane z nadawaniem znaczników (tagów) polegają w istocie na takim opisywaniu treści, by ułatwić ich selekcję, odnalezienie i ewaluację w jak najkrótszym czasie.

Doskonałym przykładem funkcjonowania folksonomii jest serwis Del.icio.us, który służy społecznemu oznaczaniu treści w Sieci i publicznemu udostępnianiu zakładek. Interesujące serwisy internetowe opisywane są przez użytkowników za pomocą prywatnych i subiektywnych znaczników przynależących do różnych kategorii, prezentowanych w serwisie w postaci chmur tagów, ułatwiających wyszukiwanie tematyczne oraz statystyczne (ocena popularności). Paradoksalnie, ten niezwykle subiektywny system opisu jest społecznie użyteczny ― jest bowiem intuicyjnie czytelny dla innych użytkowników. Spowodowane jest to tym, że ludzie posługują się podobnymi kategoriami poznawczymi, a także ograniczonym zakresem strategii porządkujących rzeczy i informacje. David Weinberger uważa, że strategii tych uczymy się, porządkując świat wokół nas, począwszy od przestrzeni domowej, po przestrzenie służące przechowywaniu wielu towarów i ich konsumpcji (Weinberger 2007, s. 10-11).

Folksonomie stanowią zatem systemy porządkujące treści dzięki podświadomym intersubiektywnym zasadom porządkowania, funkcjonującym w kulturze. Warto zauważyć, że folksonomie są w istocie subiektywnymi reprezentacjami porządku edukacyjno-wychowaczego, właściwego dla danej kultury i kręgu cywilizacyjnego. Folksonomia zawiera jednak także element reprezentacji wiedzy potocznej, co z perspektywy tradycyjnej nauki stanowi jej istotny mankament jako alternatywnego systemu porządkowania informacji. Należy dodać, że aspekt wpływu kultury na poszczególne typy systemów porządkujących typu folksonomicznego wymaga jeszcze dalszego rozpoznania i badań komparatystycznych.

W eseju poświęconym przejściu od taksonomii do folksonomii, David Weinberger zauważa, że porządek obiektywnie logiczny wywodzi się z tradycji Arystotelesowskiej, w której przeświadczenie o jednoznaczności wiedzy, a zatem również o precyzji i obiektywizmie dostępnych klasyfikacji było niezachwiane (Weinberger 2005, s. 76). Pewność ta sprowadzała się do „zasady pojemnikowej”: znając przynależność danej rzeczy do określonej kategorii, możemy zawsze opisać jej cechy w odniesieniu do całości systemu (a zatem także określić, jakich cech nie posiada). Tradycja ta zrodziła takie taksonomie, jak biblioteczny system dziesiętny Deweya, Linneuszowską systematykę gatunków roślin, Darwinowskie drzewo życia, czy też tablicę pierwiastków chemicznych Mendelejewa.

Rozwój Sieci ukazuje jednak mniej przejrzystą naturę rzeczy ― jak twierdzi Weinberger ― Sieć wymaga alternatywnego systemu porządkowania informacji, porządku, który wydaje się być raczej w tradycyjnym rozumieniu chaosem. Sam Weinberger opisuje go jako messiness, a zatem jako nieład czy bałagan, stan pewnej niesubordynacji rzeczy i pojęć wobec przestrzeni geograficznej, badź kognitywnej (Weinberger 2005, s. 76-78). A zatem folksonomia oznacza pewne pomieszanie kategorii potocznych z kategoriami przyswojonymi w procesie edukacji (na podstawie lektury i percepcji). Weinberger zastanawia się, jakimi metodami porządkującymi posługujemy się w życiu codziennym, by dojść do wniosku, że ― podobnie jak w Sieci, układamy pozornie nieprzystające elementy w logiczne ciągi, wykorzystując przy tym kilkanaście wzorów i kategoryzacji. Dotyczy to w takim samym stopniu procesu segregacji ubrań przeznaczonych do prania, jak i książek na półkach domowej biblioteki czy informacji zgromadzonych na twardym dysku komputera osobistego (Weinberger 2005 & 2007).

Należy dodać, że messiness, pojmowana jako nowy porządek właściwy Sieci, wynika z samej natury sieciowości ― a zatem stosuje się do praw matematycznych właściwych dla wszystkich systemów tego typu. Oznacza to, że z czasem chaos ulegnie uporządkowaniu i regulacji pod wpływem wielu aktów oznaczania treści przez użytkowników (Barabasi 2002). Dotyczy to jednak przede wszystkim folksonomii szerokich (broad folksonomies), czyli takich systemów, w których sensy (tagi) generowane są przez znaczną grupę osób posługujących się własnymi słownikami i kategoriami, ale w sposób, który pozwala innym na korzystanie z tych słowników i kategorii. Oznacza to, że opisy muszą dotyczyć treści ogólnie dostępnych do wyszukiwania oraz, że słowniki wykorzystywane przez poszczególne osoby posiadają wspólne elementy (Vander Wal 2005). Teoretycznie treści można zatem tagować na wiele różnych sposobów, podstawowym warunkiem jest jednak stosowanie kategorii społecznie zrozumiałych. Oznaczaniu musi zatem przyświecać idea tworzenia „inteligencji otwartej” (de Kerckhove 2001). Serwis Del.icio.us jest przykładem właśnie takiej szerokiej folksonomii, nakierowanej na wymianę wiedzy o zasobach Sieci.

Nieco inny charakter ma porządek wiedzy w różnych wiki oraz w Wikipedii i jej siostrzanych projektach. Nie można tu mówić o wiedzy potocznej, choć z całą pewnością jej elementy przenikają do treści ― choćby na poziomie wyboru tworzonych haseł czy opisywanych problemów, istotnych dla danej grupy autorów. Wikiwiedza jest jednak przede wszystkim wiedzą społeczną, powstającą w procesie dialogu społecznego i negocjacji znaczeń (Maj 2007). Istotna jest świadomość tworzenia wspólnego archiwum i procesualnego charakteru powstawania wiedzy. Można mówić wręcz o świadomości konstruktywistycznej, zwłaszcza w takich środowiskach, jak wikipedyści, wikipodróżnicy czy eksperci tworzący profesjonalne wiki. Problem relewancji wiedzy i jej dyskusyjności związanej z aktami wandalizmu lub rozwojem danej dyscypliny również wzmaga tę świadomość.

Wikiwiedza zawiera jednak elementy zarówno folksonomii, jak i tradycyjnych taksonomii, które dziedziczy choćby ze względu na cechy gatunkowe (encyklopedia). Podobnie można postrzegać hierarchiczny układ kompetencji i monitoring społeczny, które składają się na obecny tu system nadzoru nad treściami. Są jednak także pewne podobieństwa pomiędzy porządkiem wiki i folksonomią ― w obydwu przypadkach korpus wiedzy powstaje na bazie zainteresowań i spontanicznych decyzji poszczególnych użytkowników. Obydwa porządki wynikają także z działań oddolnych i zdecentralizowanych, opartych na ideologii konstruktywistycznej, dobrej woli, chęci współpracy i hojności użytkowników. Jak ujmuje to Weinberger (2005, s. 77), „najlepsze definicje są dwuznaczne” ― porządek Sieci powinien wzbudzać świadomość wielości dyskursów oraz ciekawość.

Zjawiska zwane Web 2.0 zmieniły znacząco nie tylko samą Sieć, ale i jej społeczne przeznaczenia. Inne są dziś także metafory związane z Internetem, przestrzeń informacji postrzegana jest w sposób bardziej precyzyjny i mniej metafizyczny, niż w poprzedniej dekadzie. Jak zauważają Mary Madden i Susannah Fox (2006, s. 6), metafory miasta, sąsiedztwa i stron domowych (np. Geocities) zastąpione zostały w Web 2.0 przez metafory osoby (profile, blogi i linki do multimediów), co można zaobserwować zwłaszcza w serwisach społecznościowych, których prekursorem pod tym względem był portal MySpace.

Z antropologicznego punktu widzenia interesująca wydaje się także zmiana rozumienia Sieci, jaka dokonała się na przestrzeni ostatniej dekady. Pośrednio dzięki procesom Web 2.0 postmodernistyczna metafora Sieci jako kłącza została zastąpiona konstruktywistyczną metaforą Sieci jako mapy metra (Maj & Derda-Nowakowski 2008, s. 6-7). Można zauważyć tu postępującą racjonalizację metafor operacyjnych, stosowanych do opisu istotnych dla kultury pojęć ― w tym wypadku zarówno medium, technologii, jak i środowiska komunikacji. Myślenie o Internecie wiąże się z wyobrażeniem przestrzeni poznawczej ― nastąpiła jego ewolucja od kosmicznej nieskończoności ku przestrzeni codziennej komunikacji, możliwej do ogarnięcia, również dzięki społecznie wyznaczanym drogowskazom w postaci tagów, tworzonych zgodnie z licznymi folksonomiami i wikiporządkami.

Bibliografia:

Barabasi Albert-Laszlo 2002, Linked ― The New Science of Networks, Cambridge, MA, Perseus Publishing.

Grossman, Lev 2006, ‘Time’s Person of the Year: You’, w: Time [online], 13 December, pozyskano: 17 kwietnia 2007, URL: <http://www.time.com/time/magazine/article/0,9171,1570810,00.html>.

Horrigan, John B. 2006, The Internet as a Resource for News and Information about Science, Pew Internet & American Life Project, 20 November [raport], pozyskano 15 czerwca 2008, serwis internetowy Pew Internet & American Life Project, URL: <http://www.pewinternet.org/pdfs/PIP_Exploratorium_Science.pdf>.

Keen, Andrew 2007, Kult amatora. Jak Internet niszczy kulturę, przeł. M. Bernatowicz, K. Topolska-Gharini, Warszawa, Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne.

Kerckhove de, Derrick 2001, Inteligencja otwarta. Narodziny społeczeństwa sieciowego, przeł. A. Hildebrandt, Warszawa, Mikom.

Lenhart, Amanda, Madden, Mary, Macgill, Alexandra R., Smith, Aaron 2007, Teens and Social Media, Pew Internet & American Life Project, 19 December [raport], pozyskano 15 czerwca 2008, serwis internetowy Pew Internet & American Life Project, URL: <http://www.pewinternet.org/pdfs/PIP_Teens_Social_Media_Final.pdf>.

Lessig, Lawrence 2005, Wolna kultura, przekład zbiorowy, Warszawa, Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne.

Madden, Mary & Fox, Susannah 2006, Riding the Waves of „Web 2.0”, Pew Internet & American Life Project, 5 October [raport], pozyskano: 15 czerwca 2008, serwis internetowy Pew Internet & American Life Project, URL: <http://www.pewinternet.org/pdfs/PIP_Web_2.0.pdf>.

Maj, Anna & Derda-Nowakowski, Michał 2008, ‘Cyber-communities in Their Quest for Free Culture. User-generated Content Portals in the Anthropological Perspective’, w: Riha, Daniel (red.) Visions of Humanity in Cyberculture, Cyberspace and Science Fiction, Oxford, Inter-Disciplinary Press[eBook], URL: <http://www.inter-disciplinary.net/publishing/idp/ebooks.htm>.

Maj, Anna 2007, ‘Konstruktywizm społeczny jako ideologia społeczeństwa sieciowego’, w: Kamińska-Szmaj, Irena, Piekot, Tomasz, Zaśko-Zielińska, Monika (red.), Oblicza komunikacji 2: Ideologie w słowach, gestach i obrazach, seria: Język a komunikacja, Wrocław, Uniwersytet Wrocławski [w druku].

Maj, Anna 2008, Media w podróży, Katowice, Wydawnictwo Naukowe ExMachina.

O’Reilly, Tim 2005, ‘What is Web 2.0. Design Patterns and Business Models for the Next Generation of Software’, w: O’Reilly News [online], 30 września, pozyskano: 2 września 2007, serwis internetowy O’Reilly, URL: <http://oreillynet.com/pub/a/oreilly/tim/news/2005/09/30/what-is-web-20.html>.

Tapscott, Don & Williams, Anthony D. 2007, Wikinomics: How Mass Collaboration Changes Everything, New York, Atlantic Books.

Wal, Thomas Vander 2005, ‘Explaining and Showing Broad and Narrow Folksonomies’, w: Personal InfoCloud, [blog], URL: <http://www.personalinfocloud.com/2005/02/explaining_and_.html>.

Weinberger, David 2005, ‘When Things Aren’t What They Are’, w: Schöpf, Christine, Stocker, Gerfried (red.), Hybrid – Living in Paradox. Ars Electronica 2005, Linz, Hatje Cantz.

Weinberger, David 2007, Everything is Miscellaneous: The Power of the New Digital Disorder, New York, Times Books.